Nasza recenzja

This House Is Not For Sale

Ostatnie 3 lata były dla zespołu Bon Jovi najtrudniejszym okresem w jego trwającej już ponad 3 dekady działalności. Gdy w marcu 2013 roku niespodziewanie szeregi grupy opuścił gitarzysta Richie Sambora, wydawało się, że to już koniec. Pozostali członkowie zespołu nie złożyli jednak broni. Zamiast tego zakasali rękawy, by udowodnić światu, że może istnieć życie bez Sambory.

Już wydany w poprzednie wakacje album "Burning Bridges" pokazał, że zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Krążek ten był jednak w zasadzie kompilacją piosenek, które z jakiegoś (często kompletnie niezrozumiałego) powodu nie trafiły na poprzednie płyty, nagrywane jeszcze z Samborą w składzie. Prawdziwym testem dla grupy z New Jersey miał więc okazać się dopiero zapowiedziany na ten rok album "This House Is Not For Sale". I wygląda na to, że ten test udało im się zdać!

Od samego początku albumu czuć, że zespołowi udało się na nowo obudzić w sobie radość z grania, której momentami tak bardzo brakowało na poprzednim regularnym krążku, "What About Now". Otwierający płytę utwór tytułowy, "This House Is Not For Sale", nawiązuje do najlepszych tradycji Bon Jovi – od pierwszych sekund napędza słuchacza pozytywnymi wibracjami. Przebojowy riff gitary i mocna perkusja wiodą nas do refrenu, w którym jak mantra przewija się radosne „I’m coming home!”. Aż chce się samemu rzucić wszystko, wskoczyć do auta i ruszyć w drogę do miejsca, które kojarzy się z dzieciństwem. By zrozumieć, jak ważna jest dla Bon Jovi ta piosenka, wystarczy wsłuchać się w słowa drugiej zwrotki: „Now I built these walls, it's in my veins/No time for lookin' back, the world is out the door/This heart, this soul, this house is not for sale!”. Panowie z New Jersey mówią wprost, że zespół jest zjednoczony jak nigdy dotąd i na przekór wszelkim problemom nie zamierza się poddawać.

Płynnie przechodzimy do drugiego utworu – "Living With The Ghost". Tekst tej piosenki na pierwszy rzut oka opowiada o rozstaniu jej bohatera z ukochaną kobietą („Can't unkiss the lips that love is leaving behind”). W rzeczywistości jest jednak czytelnym nawiązaniem do odejścia Richiego z zespołu i wcześniejszych problemów, jakie sprawiał („I wrote each word, you gave the toast"). Czuć, jak mocno wydarzenia z 2013 roku musiały odcisnąć swe piętno w sercu Jona. Przez gorzkie wspomnienia przebija jednak jasna deklaracja, że pewien rozdział jest zamknięty i czas zwrócić się ku przyszłości: „I ain't living with the ghost/No future living in the past”. Jest to też pierwszy (i, na szczęście, nie ostatni) utwór na tym albumie, w którym wyraźnie słychać klawisze – co w ostatnim 20-leciu w dynamiczniejszych kawałkach w przypadku Bon Jovi wcale takie oczywiste nie było. Biorąc wszakże pod uwagę, że to właśnie klawiszowiec David Bryan „odziedziczył” po Richiem funkcję „prawej ręki” Jona, można się było spodziewać, iż w nowych utworach klawisze mocniej zaznaczą swą obecność – i tak też jest w istocie.

Dalej tempo jeszcze wzrasta. "Knockout", "Born Again Tomorrow", "Roaller Coaster" i "New Year’s Day" to dynamiczne utwory, które stanowią próbę zmierzenia się Bon Jovi z bardziej nowoczesnym brzmieniem spod znaku Coldplay czy The Killers. Trzeba przyznać, że trochę starsi już panowie z New Jersey bez kompleksów stawili czoła trendom lansowanym w muzyce rockowej przez ich młodszych kolegów. Wplecenie elementów elektroniki w dość typowe dla Bon Jovi kompozycje wyszło im nadzwyczaj umiejętnie – co szczególnie da się zauważyć w pierwszym ze wspomnianych utworów. Z kolei we wszystkich czterech piosenkach zwraca uwagę mocna linia perkusji, która nadaje tempo całej reszcie zespołu. Jon wielokrotnie podkreślał w wywiadach, jak bardzo perkusista Tico Torres zaangażował się w tworzenie nowej płyty. Mimo przekroczenia 60-tki i licznych ostatnio problemów zdrowotnych, pochodzący z Kuby „The Hitman” nie zatracił jeszcze wigoru i nadal jest niezastąpiony. A optymistycznym podejściem do życia, z którego zawsze był znany, udało mu się chyba ponownie zarazić Jona. Dzięki temu każda z omawianych czterech piosenek w taki lub inny sposób nawołuje do odważnego stawiania czoła przeciwnościom losu i pozytywnego patrzenia w przyszłość.

Jak zwykle w przypadku Bon Jovi, nie brakuje na albumie również ballad. Z czterech umieszczonych na tym albumie „pościelówek” najlepiej wypadają dwie pierwsze, umieszczone na podstawowej wersji krążka – "Labor Of Love" i "Scars On This Guitar". Teksty obu tych utworów ewidentnie zainspirowane są osobistymi przeżyciami Jona. Pierwszy z nich jest wyraźnym odniesieniem do trwającego od 25 lat małżeństwa artysty z Dorotheą Hurley. Tak zgodnie funkcjonujące pary w świecie show-biznesu zdarzają się nadzwyczaj rzadko – nic więc dziwnego, że Jon postanowił przelać w końcu miłość do żony na papier. Trzeba przyznać, że wyszedł mu naprawdę poruszający tekst – zacytujemy w tym miejscu jeden krótki fragment: „The taste of your lips, every night, every day/I know every curve but it's never the same/If love is a fire, I'd go down in those flames/I wanna die in your arms hearing you say my name”. Cudo! W nie mniejszym stopniu chwyta za serce drugi z wspomnianych utworów. Z kolei w tekście "Scars On This Guitar" (który klimatem nawiązuje do nostalgicznego "Streets Of Love" z repertuaru The Rolling Stones) znajdziemy odwołanie do samotnych chwil, jakich Jon doświadcza czasem z dala od domu, gdy w pokoju hotelowym towarzyszy mu jedynie jego ulubiony instrument. Należy podkreślić, że nie tylko teksty stanowią o jakości tych dwóch utworów. Oba brzmią świetnie również dlatego, że obudowane zostały subtelnymi aranżacjami, w których na czoło wysuwają się głos Jona i gitara akustyczna. Dzięki temu słuchacz ma wrażenie wręcz intymnego spotkania z bohaterem utworu. To wrażenie utrzymuje się zresztą na pozostałych dwóch balladach, "Real Love" i "I Will Drive You Home", które znalazły się wśród utworów zamieszczonych na rozszerzonej wersji krążka. Choć te dwa utwory z pewnością nie zostaną nigdy zaliczone do najwybitniejszych w historii grupy, to jednak oba zawierają interesujące elementy – jak obecne w tle pierwszego delikatne skrzypce czy nietypowe zakończenie drugiego przepuszczonymi przez syntezatory chórkami.

To nie ballady są jednak najmocniejszym punktem tego albumu, lecz utwór zgoła inny, zatytułowany "The Devil’s In The Temple". Ostra sztuka! Dawno nie uświadczyliśmy ze strony Bon Jovi tak drapieżnego, gniewnego utworu z równie interesująco rozkręcającym się riffem, podkręconym jeszcze dodatkowo przez buzującą w tle linię basu. Ostatnim przypadkiem, kiedy piosenki o podobnie soczystym brzmieniu pojawiły się płycie Bon Jovi, był bodaj album "Bounce" z 2002 roku (utwory "Undidided" i "Hook Me Up"). W zasadzie niemal wszystko w tej piosence zagrało tak, jak powinno – gitary, perkusja, klawisze i subtelny, ale zarazem wyraźnie oskarżycielski tekst nawiązujący do niedawnego sporu zespołu z wytwórnią (a przy okazji do obecnej sytuacji w przemyśle muzycznym). Nawet Jon wzniósł się w końcowym fragmencie na wyżyny swych aktualnych wokalnych możliwości. Do ideału brakło właściwie jedynie, by solo gitarowe było choć trochę dłuższe – ale i tak wielkie brawa dla Jona i reszty zespołu, że znowu potrafili nagrać naprawdę solidny, rockowy kawałek!

W pozostałych piosenkach odnajdziemy właściwie mieszankę tego, co zespół serwował nam przez ostatnie półtorej dekady. Regularną tracklistę zamyka tryptyk utworów w stylu country. Po przebojowym, stojącym w zasadzie na pograniczu country i rocka "God Bless This Mess", następuje lekki i zwiewny "Reunion", z którego dźwiękami słuchacz przenosi się na chwilę do małego miasteczka gdzieś w Alabamie, Missisipi czy Teksasie. Z kolei spokojna, ciepła pół-ballada "Come On Up To Our House" idealnie nadaje się na rodzinne spotkania – kołyszące tempo i chórki w tle mimowolnie przywodzą na myśl świąteczne imprezy w gronie najbliższych. To wrażenie potęguje jeszcze teledysk do tej piosenki: zespół urządza sobie koncert pod domem, do którego schodzą się powoli sąsiedzi z całej okolicy – i robi się wesoło!

O dwóch z bonusowych utworów już wspominałem. Oprócz opisanych wyżej ballad, na rozszerzonej wersji albumu znajdziemy też trzy szybsze kawałki: "All Hail The King", "Goodnight New York" i "We Don’t Run". Ta ostatnia piosenka była wprawdzie opublikowana już na wydanej w zeszłym roku płycie "Burning Bridges" – tak dobrze obrazuje jednak panujące w zespole nastroje, że jego członkowie uznali ją za niezbędną przynajmniej na poszerzonej wersji nowego albumu. To także zdecydowanie najlepszy utwór z opisywanej tu trójki – już w zeszłym roku uznałem go za jedną z najciekawszych piosenek, jakie w ostatnim czasie wyszły spod ręki Jona, i zdania w tym zakresie nie zmieniłem. Dwa pozostałe z opisywanej trójki utworów to z kolei najsłabsze punkty nowego materiału. "All Hail The King" sprawia wrażenie niedokończonego – choć miał potencjał na niezły rockowy kawałek, ostatecznie trochę brakuje w nim impetu i trąci monotonią. Z kolei "Goodnight New York" w porównaniu do całej reszty albumu sprawia wrażenie przesłodzonego. Wydaje się, że lepiej by się stało, gdyby na ogólnoświatową wersję deluxe zamiast tych dwóch piosenek trafiły utwory, które dostępne są jedynie w niektórych wydaniach regionalnych i serwisie TIDAL, "Touch Of Grey" i "Color Me In". Szczególnie ciekawa jest ta ostatnia piosenka, utrzymana w lekko swingującym klimacie pasującym bardziej do twórczości Roda Stewarta, niż Bon Jovi. Kto wie, może to właśnie w tym kierunku będzie w przyszłości ewoluować brzmienie zespołu?

Niewątpliwie, "This House Is Not For Sale" pokazuje, że zespół Bon Jovi potrafił wyjść na prostą z bardzo niebezpiecznego zakrętu, jakim było dla niego odejście Sambory. Wydaje się wręcz, że formuła współpracy tego niewątpliwie utalentowanego gitarzysty z zespołem wyczerpała się już dawno – tak naprawdę na długo przed nagraniem ostatniego albumu z jego udziałem, czyli mocno wymęczonego "What About Now". To, że brzmienie Bon Jovi tak naprawdę niewiele się zmieniło po jego odejściu, może wskazywać wręcz na fakt, iż udział Richiego w tworzeniu kilku poprzednich albumów był, wbrew oficjalnym informacjom, znikomy – a tak naprawdę za sporą część partii gitarowych już wtedy odpowiadał producent John Shanks. Jest to prawdopodobne tym bardziej, iż teraz nikt nawet nie zaprzecza, że to Shanks nagrał wiele partii gitarowych na najnowszy album – i to w sytuacji, gdy status oficjalnego członka grupy uzyskał następca Richiego, Phil X (przy okazji, podobny zaszczyt spotkał w końcu również basistę Hugh McDonalda, faktycznie będącego w zespole od… 1994 roku!).

Chociaż wspomniany Shanks z roli pomocniczego gitarzysty wywiązuje się cokolwiek poprawnie, to jednak wydaje się on – niezmiennie od kilku lat! – najsłabszym elementem całej tej wielkiej układanki, jaką jest zespół Bon Jovi. Od czasu wydanego w 2005 roku "Have A Nice Day" to on bowiem jest głównym producentem każdego kolejnego albumu grupy – z wyłączeniem "Lost Highway", gdzie ustąpił pola słynnemu Desmondowi Childowi. O ile jeszcze płyta "Have A Nice Day" wyszła Shanksowi nieźle, to "The Circle" i "What About Now" brzmią tak, że aż zęby zgrzytają – dźwięk w niektórych piosenkach z tych krążków jest tak niemiłosiernie spłaszczony, że momentami nie da się wyodrębnić niektórych instrumentów. Na szczęście, zarówno w przypadku "Burning Bridges", jak i najnowszego albumu aż tak źle nie jest. Mimo wszystko wydaje się jednak, że nawet jeśli Shanks może być idealnym producentem dla Sheryl Crow, Take That czy Keitha Urbana, to za bardziej gitarowe projekty brać się nie powinien. Jestem w stanie zrozumieć, że w roli człowieka „od wszystkiego”, a także przyjaciela i powiernika sprawdza się doskonale – więc Jon nie chce się go pozbywać. Dla zespołu korzystniej byłoby jednak, gdyby był on kimś w rodzaju asystenta zespołu, który bierze udział w nagrywaniu albumów w różnych rolach. Funkcję głównego producenta mógłby przejąć zaś ponownie Desmond Child lub Bob Rock, bądź też ktoś zupełnie nowy, ale lepiej niż Shanks czujący muzykę rockową.

Pomijając kwestie produkcyjne, należy mimo wszystko pochwalić zespół za to, że po takich przejściach potrafił jeszcze raz się zebrać i nagrać swój najlepszy co najmniej od dekady album. Co należy podkreślić: album jednocześnie przystający do dzisiejszych czasów, ale i dobrze zakorzeniony w historii grupy. A przede wszystkim – pełen optymizmu, żywy i szczery. „My voice is shot, I'm going grey, these muscles all ache (…), I may be gritting my teeth, can't get back where we started/These days I'm doing just fine…” – oznajmia Jon w drugim wersie piosenki "God Bless This Mess". I wydaje się, że taki właśnie jest obecnie zarówno sam wokalista, jak i cały jego zespół. Panowie nie są już młodzieniaszkami: ich włosy posiwiały, na twarzach pojawiły się zmarszczki, a serca przeszyła niejedna strzała, pozostawiając po sobie tylko ból – ale mimo to, spoglądają w przyszłość z optymizmem.

Można powiedzieć, że wraz z albumem "This House Is Not For Sale" Bon Jovi po latach zagubienia wraca do domu. A wiadomo, że czasami wraca się do domu tylko po to, by zacząć planować kolejne podróże. W tej sytuacji pozostaje zadać tylko jedno pytanie: panowie, kiedy wpadacie do Polski?

Bon Jovi – "This House Is Not For Sale"

Premiera: 4 listopada 2016

Wydawca: Island/Universal Music

Tracklista:

1.  This House Is Not For Sale
2.  Living With The Ghost
3.  Knockout
4.  Labor Of Love
5.  Born Again Tomorrow
6.  Roller Coaster
7.  New Year's Day
8.  The Devil's In The Temple
9.  Scars On This Guitar
10. God Bless This Mess
11. Reunion
12. Come On Up To Our House

Wersja deluxe:

13. Real Love
14. All Hail The King
15. We Don't Run
16. I Will Drive You Home
17. Goodnight New York

Wersja TIDAL:

18. Color Me In
19. Touch Of Grey

Komentarze:

Zobacz również: