Nasza recenzja

Back from the Edge

James Arthur swoją karierę muzyczną rozpoczął już w wieku 15 lat. Pisał i nagrywał piosenki jako solista i w wielu zespołach (m.in. Save Arcade i Emerald Skye), a jego repertuar obracał się wokół takich stylów jak pop rock, indie rock czy rock alternatywny. Rok 2012 to data przełomowa dla muzyka. Z dwóch prostych powodów.

Po pierwsze wygrana w programie typu talk show produkowanym w Wielkiej Brytanii, a po drugie wydanie tuż po zakończeniu show singla „Impossible”, który stał się totalnym bestsellerem, sprzedając się w ilości 1,5 miliona egzemplarzy. Mimo, że interpretacja tego utworu porwała za sobą tłumy, warto zaznaczyć, że jest on coverem (oryginalną wykonawczynią jest Shontelle). Może i drobiazg - jednak z mojego punktu widzenia niezwykle istotny. W 2013 roku wydany został eponimiczny, debiutancki album James’a. Co ciekawe pomimo niepochlebnych lecz uzasadnionych  opinii krytyków muzycznych, krążek zyskał sympatię wiernych fanów, a w Polsce pokrył się platyną.
Dokładnie po trzech latach od wydawniczego debiutu, James Arthur wraca z nowym albumem zatytułowanym „Back From The Edge”. To co należy napisać na wstępie, to zdecydowanie większa dojrzałość  muzyki płynącej z krążka. Wokalista zdążył nas już przyzwyczaić do notabene bardzo emocjonalnego stylu śpiewania. Chwała jednak za to, że na drugim albumie nie słychać, aż tak dużego dramatyzmu jak to bywało trzy lata temu. Emocje choć obecne, swoim stonowaniem komponują się z warstwą tekstową.

Kolejnym faktem jest duża różnorodność płyty. Usłyszymy zarówno wyciszone lecz z odrobiną zachrypniętego głosu wokalisty ballady („Let Me Love The Lonely”, „Remember Who I Was”), typowo popowe, proste i lekkie kompozycje („Say You Won't Let Go”, „Train Wreck”) jak i elementy hip hopowe („Sober”, „Sermon”). Mimo dużej rozbieżności stylów, muzyk dosyć płynnie przechodzi pomiędzy kolejnymi utworami, tworząc jedną spójną całość.

Duża część utworów opowiada o wewnętrznych odczuciach artysty, związanych z ostatnimi latami jego życia i ogromną popularnością, z którą przez dłuższy czas nie potrafił sobie poradzić („I'm stood in the spotlight, with the city at my feet, but I was a dead man walking,
nothing ever comes for free”). O wygranej batalii o siebie samego świadczą słowa „So turn down the heat, I've been burnin' in hell, but now I'm back with my own story to tell”.

James nie zapomina także o uczuciach i miłości, wyśpiewując w „Say You Won't Let Go”, że dla ukochanej jest w stanie zrobić dosłownie wszystko, a jedyne czego oczekuje to fakt by pozostała ona na zawsze przy nim („Just say you won't let go, oh, just say you won't let go”)
Na „Back From The Edge” zaznaczony został także polski akcent w postaci dodatkowego utworu „Let Me Love The Lonely” z gościnnym występem Mariny.

James nadal nie wyważa żadnych bram, nie wprowadza do muzyki niczego pionierskiego, co odcisnęłoby na niej poważne piętno. Osobiście od osoby obdarzonej takimi warunkami głosowymi, oczekiwałbym czegoś zdecydowanie bardziej przełomowego. Jednak oceniając wartość stricte muzyczną w porównaniu do debiutanckiego krążka, należy odnotować spory progres.

Lista utworów
1. Back From The Edge
2. Say You Won't Let Go
3. Prisoner
4. Can I Be Him
5. I Am
6. Train Wreck
7. Safe Inside
8. Sober
9. Phoenix
10. Let Me Love The Lonely
11. Sermon (feat. Shotty Horroh)
12. Remember Who I Was
13. Finally
14. Let Me Love The Lonely (feat. Marina)

Komentarze: