Nasza recenzja

Hardwired...To Self-Destruct

Znacie słynne powiedzenie „Metallica skończyła się na Kill ‘em All”? Nie wzięło się ono znikąd. Nawet taka legenda, jak Metallica, potrafiła bowiem uraczyć swoich fanów słabymi albumami. Gdzieś pomiędzy krążkami „Metallica” i „Load” ich płyty przestały zbierać gromki aplauz i przynosiły fanom lekki zawód. Dało się odczuć, że brzmienie zbacza na jakieś nieokreślone boczne tory i nie jest tym, czego fani oczekują od zespołu.

Od wydania ostatniej, niezbyt udanej swoją drogą, studyjnej płyty „Death Magnetic” minęło 8 lat, co było widocznie wystarczającym czasem do namysłu. Oczywiście w międzyczasie pojawił się eksperyment w postaci płytki „Lulu”, po której niesmak pozostał do dziś, a także minialbum „Beyond Magnetic” składający się z odrzutów z „Death Magnetic”, który chyba nie wymaga komentarza. I kiedy już część ludzkości straciła wiarę w twórczość Metalliki (a jednocześnie utarło się poczucie leniwego podejścia zespołu do nagrywania materiału), niespodziewanie ukazało się dwupłytowe wydawnictwo „Hardwired...To Self-Destruct”.

Wierni fani wyczekiwali tej płyty bardziej, niż nadchodzących świąt, ciekawi tego, co obiecywały im drobne spoilery od zespołu. Nie można tej płyty nazwać „nowym przełomem” w twórczości Metalliki, ale z pewnością jest to duży krok w stronę starego, dobrego brzmienia. Płytę z przytupem otwiera kawałek „Hardwired” w którym słychać dobry, oldschoolowy trash. Od razu słychać, że i Lars dołożył dużo do tej płyty, bo bębny to jedna z mocniejszych stron „Hardwired... To Self-Destruct”. Taki początek tylko zaostrza apetyt. Potem wchodzi „Atlas, Rise!” ze środkowym riffem żywcem wyjętym z twórczości Iron Maiden. Takie trochę... gatunkowe pomieszanie z poplątaniem – ale brzmi ciekawie! Poza tym, jest to pierwszy ponad 6-minutowy utwór na albumie, co może zwiastować tylko jedno – rozbudowane partie gitarowe (nikt przecież nie spodziewa się Hetfielda śpiewającego przez bite 6 minut).

Kolejnym punktem w 12-utworowej kompozycji jest „Now That We’re Dead”, którego tekst stanowi refleksję Jamesa na temat śmierci. Tutaj Metallica znowu odbiega od tradycyjnych torów trashu, idąc bardziej w klasyczny heavy metal. Po niezłym początku „Now That We’re Dead” wypada nieco blado. Jak niedosolona zupa – niby wszystko spoko, ale jednak czegoś brakuje! Potem przechodzimy do „Moth Into Flame”, który znowu pachnie starością… konkretnie, pachnie jak stara dobra Meta! W tym kawałku czuć nawet potencjalne pogo! I w końcu główny riff brzmi tak, jak brzmieć powinien.

Zwolnienie tempa następuje przy „Dream No More”, gdzie Hetfield nie do końca brzmi jak on sam. Muzycznie utwór zajeżdża delikatnie kawałkiem „Sad But True”, pochodzącym ze słynnego czarnego albumu. Tekst nie jest może odkrywczy ani górnolotny, jednak po raz kolejny w twórczości Metalliki mamy do czynienia z nawiązaniem do konkretnej fantastycznej postaci, ukrytym we frazie „Cthulhu, awaken”. W sumie „Dream No More” nie jest niczym wybitnym, ale w ogólnym rozrachunku wychodzi raczej na plus. Z kolei szósty utwór, zamykający pierwszy krążek, to 8-minutowy tasiemiec zatytułowany „Halo On Fire”. Nie wnosi nic w ten album oprócz lekkiej zmiany tempa w trakcie. Jednak sam kawałek jest dosyć… przewidywalny. Poza drobnymi momentami nie ma w nim nic ciekawego. I tak oto zakończyliśmy pierwsze CD.

Drugi krążek serwuje nam kolejne 6 utworów. Na początek dostajemy kawałek „Confusion”. Doczekaliśmy się w końcu Jamesowej refleksyjności, ot chociażby we frazie „My life... the war that never ends”. W gruncie rzeczy, muzycznie jest to po prostu tradycyjna Metallica. Może tylko trochę za mało trashu, a trochę za dużo klasycznego heavy. Kolejny utwór wydaje mi się wciśnięty na ten album na siłę. „ManUNkind” ma dosyć mało charakteru. To nie jest ta Metallica, na jaką od lat liczą fani. Z kolei utwór „Here Comes Revenge” jest pozytywnym zaskoczeniem, bo moc tego kawałka tkwi w jego… warstwie wokalnej. Muzycznie też bardzo daje radę, ale przede wszystkim to właśnie wokal Jamesa z wykrzyczanym „Revenge!” jest jego wielką zaletą. „Am I Savage?” zapowiada się obiecująco, chociaż gatunkowo zbacza w… mocny grunge pomieszany z ciężkim heavy metalem. I jeśli myślicie, że to zbyt obszerne porównanie, to wyobraźcie sobie jak bardzo szerokie kręgi to brzmienie zatacza! Dlatego właśnie „Am I Savage?” wydaje się ciut przekombinowany.

Drugi od końca kawałek, „Murder One”, jest poświęcony zmarłemu Lemmy’emu Kilmisterowi (tytuł utworu jest jednocześnie nazwą ulubionego wzmacniacza Lemmy’ego). Fajna koncepcja, nawet pomimo że numer mógłby mieć w sobie nieco więcej pikanterii. Ale ogółem, jako koncepcja i hołd w stronę zmarłej legendy – raczej na plus. Ostatnim już numerem jest „Spit Out Of The Bone”, który jest po prostu świetny. Doskonały kopniak na zamknięcie płyty. Zresztą, bardzo podobny do otwierającego „Hardwired”. Otwarcie i zamknięcie w porządnym stylu, z tą typową thrashową sieczką, na którą czekali wierni fani.

Co do całości – to w sumie naprawdę dobry album. Następca „Death Magnetic” jest lepszy niż kilka poprzednich płyt. „Hardwired…To Self-Destruct” z pewnością daleko do ideału, ale nie osiąga też muzycznego dna. Jest po prostu... dobrą płytą. Może powiedzenie „mniej znaczy więcej” wyniosłoby ten album na prawdziwe muzyczne wyżyny? Moim zdaniem, lepiej by było skleić te lepsze utwory z obydwu płyt, dzięki czemu powstałby jeden naprawdę wartościowy album. Ale załóżmy, że to ambicje zespołu pchnęły ich w wydawnictwo dwupłytowe. Mimo wszystko, z nadzieją patrzę w przyszłość i liczę, że kolejna płyta Metalliki przyniesie całkowity (przede wszystkim, jakościowy!) powrót do korzeni.

Metallica – „Hardwired...To Self-Destruct”

Premiera: 18 listopada 2016

Wytwórnia: Blackened/Universal Music

Tracklista:

CD 1
1. Hardwired
2. Atlas, Rise!
3. Now That We’re Dead
4. Moth Into Flame
5. Dream No More
6. Halo On Fire

CD 2
1. Confusion
2. Manunkind
3. Here Comes Revenge
4. Am I Savage?
5. Murder One
6. Spit Out The Bone

Komentarze: