Nasza recenzja

Blue & Lonesome

Rok 2016 wspominany będzie w świecie muzycznym ze smutkiem – jako czas pożegnań z całą plejadą gwiazd, czy wręcz ikon muzyki. Na szczęście, los obszedł się łagodnie z zespołem, który przez lata z nim igrał – czyli legendarnymi Stonesami. Mick, Keith, Ronnie i Charlie mimo słusznego wieku wciąż trzymają się świetnie i, ku uciesze swych fanów, nie zamierzają jeszcze zejść ze sceny.

Chociaż jednak w ostatnich latach ochota do koncertowania u członków The Rolling Stones jakby nawet wzrosła, fani mieli podstawy do obaw, że ostatnim studyjnym albumem w historii zespołu pozostanie wydany w 2005 roku "A Bigger Bang". Od tamtego czasu grupa wypuściła kilka koncertówek i kompilacji, ale nowego materiału wciąż nie było widać. Na składance "GRRR!", uświetniającej 50-lecie działalności zespołu, pojawiły się wprawdzie dwie nowe piosenki (w tym przebojowa "Doom And Gloom") – jednak były to jaskółki, które wiosny nie czyniły.

Sygnał, że coś ruszyło, dał w końcu Keith Richards, wydając jesienią 2015 roku fenomenalny album solowy "Crosseyed Heart". Jakby na fali swej własnej weny zaciągnął do studia pozostałych Stonesów. W licznych przerwach między komponowaniem nowych utworów panowie rozgrzewali się, grając swe ulubione bluesowe kawałki sprzed kilkudziesięciu lat. Ni stąd, ni z owąd padł pomysł na to, by z tych prób uczynić regularne sesje nagraniowe, a sam album stanowił swoisty powrót do korzeni. I tak właśnie zrodził się "Blue & Lonesome" – kolejny po "A Bigger Bang" album studyjny The Rolling Stones, na który fani czekali długie 11 lat, 2 miesiące i 26 dni. Warto było czekać!

Co ciekawe, "Blue & Lonesome" jest pierwszą płytą w ponad 50-letniej historii legendarnej grupy, na której znalazło się miejsce dla samych coverów – nawet na ich debiutanckiej płycie, zatytułowanej po prostu "Blue & Lonesome", znalazło się miejsce dla premierowego utworu duetu Jagger/Richards. Wydawać by się mogło, że zespół tak płodny we własne przeboje nie powinien już zachowywać się niczym nastolatkowie z przedmieść Londynu u progu kariery. Ale może właśnie o to im chodziło – by choć na chwilę cofnąć się do czasów, gdy byli po prostu młodymi chłopakami kochającymi bluesa w jego najbardziej amerykańskim (chicagowskim) wydaniu. Jeśli tak, to naprawdę im się to udało – bo przy dźwiękach takich kawałków, jak "Just Your Fool", "Commit A Crime" czy żwawe "I Gotta Go" i "Ride 'Em On Down" gdzieś znika wspomnienie o wypełnionym po brzegi 70-tysięczniku w Wiedniu, na którym po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny…) ujrzałem na żywo tę niesamowitą, nieporównywalną z niczym innym muzyczną machinę pod szyldem The Rolling Stones. Zamiast tego, przez te bez mała 3 kwadranse obcowania z najnowszym dziełem dziadków rocka za każdym razem czuję się jak w małej salce w starym, angielskim pubie, gdzie lokalni muzycy jammują przy kuflu ulubionego stouta – i to jest naprawdę piękne uczucie!

Miałem zamiar rozłożyć poszczególne piosenki z "Blue & Lonesome" na czynniki pierwsze – po długim namyśle doszedłem jednak do wniosku, że w tym wypadku nie jest to konieczne, a wręcz nawet wskazane. Te utwory – 12 bluesowych klasyków – po prostu bronią się same. W wykonaniu The Rolling Stones wiele z tych znanych od lat utworów nabrało nowego życia – i nie chodzi bynajmniej o to, że panowie przeprowadzili na nich jakieś niesamowite eksperymenty. Wręcz przeciwnie: Stonesi na tej płycie są aż do bólu wierni klasyce. Rzecz w tym, że w każdym zamieszczonym tu utworze pozostawili coś swojego, jakiś charakterystyczny dla siebie element brzmienia: a to zadziorną harmonijkę Micka, a to gitarowe przeplatanki Rona i Keefa (z typowymi dla tego ostatniego, zapadającymi w pamięć riffami), a to ekspresyjną perkusję Wattsa. No i, oczywiście, niepodrabialny wokal Jaggera, który na tej płycie zdaje się brzmieć nawet lepiej, niż przez ostatnie 2 dekady!

Warto wspomnieć o udziale w nagraniach dodatkowych muzyków. O ile basista Darryl Jones oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford są ze Stonesami związani od lat (właściwie wchodzą zaliczyć ich można do czegoś w rodzaju "poszerzonego składu zespołu"), a ich wkład w nagranie albumu nie jest dla nikogo niczym niezwykłym – o tyle gościnnego wkładu w ten krążek samego Erica Claptona przemilczeć nie sposób. "Slowhand" nagrał wprawdzie ze Stonesami ledwie 2 utwory – "Everybody Knows About My Good Thing" oraz "I Can't Quit You Baby" – ale jakże one brzmią! Charakterystyczne dla niego niespieszne riffy dodały tym utworom niesamowitej pikanterii. Zresztą, na samą myśl o tym, że mamy do czynienia z kawałkami, w którym gra razem niesamowite gitarowe trio Richards/Wood/Clapton można dostać gęsiej skórki. Magia!

Przyznać się muszę, że przed premierą "Blue & Lonesome" mimo wszystko trochę kręciłem nosem, zastanawiając się, czy nie byłoby lepiej, gdyby Stonesi wydali najpierw autorski materiał, nad którym pierwotnie pracowali - jednak obecnie nie mam wątpliwości, że to właśnie taka płyta była im (i przy okazji nam wszystkim) teraz potrzebna. Choćby dla przypomnienia, jak ważne jest to, by muzycy nagrywając płytę po prostu dobrze się bawili – a przy jej obróbce dźwiękowej postawili na prostotę (a czasem wręcz surowość) zamiast obrabiać go do poziomu bliskiego sztuczności. Stonesi pokazują na "Blue & Lonesome", że nawet posiadając status legendy z ponad półwiecznym dorobkiem, można pozostać sobą i nagrać płytę od serca – a ponadto, że po siedemdziesiątce można wciąż grać z werwą dwudziestolatków. Dlatego nie rozumiem tych wszystkich osób, które ze smutkiem stwierdzają, że to zapewne ostatnia płyta Stonesów. Moi drodzy: jaka ostatnia płyta? Oni się przecież dopiero na nowo rozkręcają!

The Rolling Stones – "Blue & Lonesome"

Premiera: 2 grudnia 2016

Wydawca: Polydor/Mercury

Tracklista:

1. Just Your Fool
2. Commit A Crime
3. Blue And Lonesome
4. All Of Your Love
5. I Gotta Go
6. Everybody Knows About My Good Thing
7. Ride 'Em On Down
8. Hate To See You Go
9. Hoo Doo Blues
10. Little Rain
11. Just Like I Treat You
12. I Can't Quit You Baby

Komentarze:

Zobacz również: