Nasza recenzja

The Skin I'm In

Michał "Skinny" Skórka to postać dobrze znana wielbicielom polskiej sceny elektronicznej. Niegdyś jako połowa duetu Skinny Patrini, który wprowadził na polskie salony nietuzinkowe elektro na długo przed takimi kapelami jak Xxanaxx czy Bokka. Drogi duetu się (niestety) rozeszły, a Skinny dał nam swój solowy album, na którym połączył wszystko to, co wnosił wcześniej do Skinny Patrini - mrok, psychodelię i gorycz.

Gdybym nie znał wcześniejszych dokonań Skinny'ego, pomyślałbym, że całe życie fanatycznie zasłuchiwał się w holenderskim electro, czasami odpalał Depeche Mode i swoich herosów znajdował w Kraftwerk i Nine Inch Nails. Bo takie inspiracje naturalnie przychodzą na myśl przy słuchaniu "The Skin I'm In".

Co mu tu mamy? Post-industrialowe granie w "The God + The World = The Madness" czy odwoływanie się do tradycji synth-popowych w "The Loss, The Gain" i w "Nothing Wasted". Podstawą są tu brzmienia nowej fali opartych na minimalistycznych produkcjach, pełnych mroku - wystarczy odpalić pierwsze z tracklisty "I Wish" okraszone gościnnymi wokalami Kasi Stankiewicz czy "The Loss, The Gain". Wszystko to opatrzone angielskimi śpiewami Michała - choć trzeba przyznać, że jego angielski momentami brzmi nienaturalnie.

Są jakieś gorsze momenty? Owszem, są - ale na szczęście dla słuchacza zostawiono je na sam koniec albumu. Finalne "Nobody Comes" i "Of Our Love" ociekają niebezpiecznym patosem, zwłaszcza w tym drugim, gdzie Michał brzmi jak Brian Molko. I w tym wypadku jest to zarzut. Pierwszy jeszcze na siłę próbuje dołować smyczkami.

Skóra, w jakiej nam się przestawia Skinny ma więc twarz człowieka pełnego dystansu i niepokoju. Człowieka umiejętnie łączącego post-punk z elektroniką disco i wpływami rockowymi. Jeśli ktokolwiek z was zna te brzmienia z lat 80., po jednym seansie "The Skin I'm In" wyjdzie usatysfakcjonowany i chętny na więcej. Koniecznie słuchać nocą.

Komentarze: