Nasza recenzja

Don't You

Amerykański The Fader w 2015 nazwał ich "najbardziej obiecującą grupą muzyczną". Nie wiem w jakiej kategorii, ale nagrodę za usypianie słuchacza mają jak w banku.

Od czasów debiutów CHVRCHES i The XX grup i solistów uprawiających eletronikę wyrosło więcej niż grzybów po deszczu. Niektórzy z nich faktycznie okazują się fantastycznymi odkryciami - jak chociażby Troye Sivian, Banks czy Broods. Niestety, nie można tego powiedzieć o zespole Wet, który na swoim albumie przez ponad 40 minut gra jedną taką samą piosenkę.

Fakt, jest spójność brzmienia - to się chwali. Bo często debiutantaci (tak, jest to pierwsza płyta tego nowojorskiego zespołu) łapią się w pułapkę niekonsekwencji swej drogi muzycznej i chcą łapać kilka srok za ogon na raz. Wet tego nie robią i proponują nam spójny album leżący gdzieś przy dream-popie i indie.

Problem w tym, że te jedenaście piosenek jest zbudowanych na identycznym beacie, brakuje jakichkolwiek wyraźnych refrenów, wokalistka ani na moment nie zmienia choćby skali i tembru głosu. Z trudem jesteśmy stanie wyróżnić cokolwiek ponad resztę.

I nie zamierzam kapeli od razu skreślać. Poczekam na drugą płytę i dam im kolejną szansę.

Komentarze: