Nasza recenzja

Future Present Past

Płyty The Strokes zawsze były udanymi mariażami dla fanów "hipsterskiego" indie rocka z post-punkiem. Panowie mieli co rusz świeże pomysły, które umiejętnie przekuwali w naprawdę chwytliwe i przebojowe kawałki. I tego, niestety, na ich ostatniej EPce zabrakło.

Zasadniczo, to ja szanuję The Strokes. Od niesamowitego debiutanckiego "Is This It" do ostatniego "Comedown Machine" nowojorska kapela zasadniczo nie wychodziła z formy. Nie robiła albumów taśmowo, znikali na długo by komponować, słychać zawsze było, że im zależy na porządnym nagraniu. Na ostatniej EPce zatytułowanej "Future Present Past" tego bardzo zabrakło.

Mamy tu 3 premierowe kawałki (i jeden remix, który bez żalu można odpuścić w trakcie słuchania). "Drag Queen" zaczyna się obiecująco perkusją i gitarą przepuszczoną przez przestery, które brzmią bardzo intrygująco. Niestety, po pierwszej minucie wszystko się przestaje ze sobą kleić i dostajemy dźwięki jak z kiepsko nagranej taśmy demo. W "OBLIVIUS" jest jeszcze całkiem dobrze, o ile zniesiemy zanudzające pierwsze półtorej minuty, na którym chyba nikt nie wie za jaki instrument łapie. "Threat of Joy" też brzmi kompletnie nieposkładane - brak tam wyraźnej melodii, wyraźnego refrenu, mostek też by się jakiś przydał. Na domiar złego, Julian Casablancas we wszystkich kawałkach śpiewa bez żadnego zaangażowania.

Słychać, że panowie mieli kilka pomysłów i wizji. Tylko ich poukładanie w całość nie wyszło. Mam szczerą nadzieję, że następne albumowe dokonania The Strokes nie zbliżą się ani trochę do "Future Present Past".

Komentarze: