Nasza recenzja

Tinder Hunters

Igor Talarczyk (bas) i Kacper Kowalczuk (perkusja, wokal) to dwójka muzyków tworzących band Fuck the People. Panowie twierdzą, że chcą tworzyć elektryzujący rock poruszający określone wewnętrzne struny swoich odbiorców. Może to zabrzmi banalnie, ale dokładnie tak się dzieje podczas przesłuchiwania ich debiutanckiego krążka Tinder Hunters.

Bez zbędnych ceregieli przejdę od razu do rzeczy, bo tak też robią w swoich kawałkach Fuck the People. Są oni zjawiskiem muzycznym, które kupuję w całości. Serwują brudny, głośny i zgrzytliwy garażowy rock w jego najlepszej odmianie. Całość chwyta za serce, pochłania, wstrząsa. Sprawia, że w ruch idą dłonie i stopy, które mimowolnie wystukują rytm. Uruchamia jakieś wewnętrzne mechanizmy wrażliwości, które wykrywają naprawdę solidne granie. Wszystko się zgadza – dynamika, żywiołowość, drapieżność. Nawet szaleństwo, w którym jest reguła.

Na longplay składa się osiem autorskich kompozycji. Moim zdaniem zdecydowanie za mało, bo ileż można w kółko odtwarzać te same numery! Do moich faworytów należą Truth i Spotlight, których intra i linie basu przywodzą na myśl chwyty stosowane przez najlepsze brytyjskie kapele alternatywne. Na krążku znajdują się dwa polskojęzyczne utwory Wdp oraz Znikam. Chociaż wiadomo, że rockowe kawałki łatwiej pisze się po angielsku, to te w naszym rodzimym języku trzymają poziom. Ba, stanowią wyjątkowo mocne punkty całego materiału. Teksty w żadnym razie nie trącają banałem, co niestety czasami się zdarza polskim wykonawcom. Wręcz przeciwnie, są soczyste i trafne tak samo, jak płynące z głośników dźwięki, a Kacper Kowalczuk jeszcze lepiej akcentuje poszczególne frazy. Trzeba przyznać, że wokal ma bardzo wyrazisty, który dodaje słowom zmysłowości. Muniek Staszczyk kiedyś powiedział mi, że chciałby posłuchać, jak młode formacje z naszego kraju śpiewają po polsku o swoich rozterkach, myślach i pragnieniach. W ten sposób kapela pochodząca z Prudnika spełnia zarówno kryterium lidera T.Love, jak i również ma w swoim dorobku twórczość, która dobrze sprzedałaby się za granicą.

Po usłyszeniu już pierwszych dźwięków płyty porównanie do Royal Blood nasuwa się samo. Zarówno pod względem liczby członków zespołu, a co za tym idzie wybranym instrumentarium i w efekcie surowym nieco brzmieniem. Chwilami słychać mocne inspiracje Arctic Monkeys, sami panowie deklarują też sympatię dla The White Stripes czy The Black Keys (to również muzyczne duety), jednak muzyka Fuck the People jest bardziej dzika i pierwotna – wyziera z niej młodociany bunt. Nie chcę tutaj dorabiać dodatkowych teorii dotyczących ideologii kontestujących rzeczywistość, ale panowie Talarczyk i Kowalczuk wydają się jej wnikliwymi obserwatorami. Nie patrzą na otaczający ich świat przez różowe okulary, a tym bardziej przez ekrany swoich smartfonów. Muzycy zdają się iść na przekór wszelkim trendom. Dowodzi tego sama niewybredna nazwa kapeli i płyty, ale tę bezkompromisowość słychać przede wszystkim w muzyce. Igor i Kacper są prawdziwi, obdarci z wszelkiego lizusostwa i prób przypodobania się komukolwiek. Ten brak ugładzenia dodaje krążkowi charakteru i klimatu.

Kiedyś obrałam sobie nawet za cel poszukiwanie zdolnych, młodych kapel, dlatego słucham często i dużo dopiero co rozpoczynających swoje muzyczne drogi wykonawców prezentujących różne gatunki. Jednak dawno żadna grupa nie zaskarbiła sobie mojej sympatii tak momentalnie już po usłyszeniu początkowych nut otwierających album. Zazwyczaj potrzebuję więcej czasu, żeby zaznajomić się z danym materiałem i później ewentualnie go pokochać. Tinder Hunters wszedł i rozlał się po całym moim ciele już przy pierwszym poznaniu i chociaż zapętlałam go już kilkukrotnie, to za każdym razem kopie tak samo.

Fuck the People mają już za sobą jeden sukces – występ na dużej scenie podczas Rawa Blues Festival. Ja panom Igorowi i Kacprowi wróżę wielką karierę. Powinni taką zrobić, bo potencjał mają ogromny. Chciałabym, żeby taką zrobili, chociaż podobno obecnie klasyczny rock odchodzi do lamusa jako produkt przestarzały i niereformowalny. Tymczasem Fuck the People udowadniają, że jest to muzyka ponadczasowa i uniwersalna. Drzemią w niej ogromne pokłady wolności, miłości i szalonej zabawy, a myślę, że zawsze znajdą się odbiorcy żądni takich wartości. Już nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć Igora i Kacpra na żywo. Niech będzie głośno i niech się dzieje!

Tracklista:
1. We Like To Party
2. Truth
3. Hopes and Dreams
4. wdp
5. Spotlight
6. Blue Moon
7. Don't Look Back
8. Znikam

Komentarze: