Nasza recenzja

Stereotrip

Chociaż wodzisławski zespół Gallileous istnieje już niemal 3 dekady – bo od 1990 roku – to jednak wciąż może uchodzić za nowe zjawisko na polskiej scenie muzycznej. Dzieje się tak z dwóch powodów. Przede wszystkim, z tych 27 lat działalności de facto wyjąć należy ponad dekadę – w 1995 roku zespół został rozwiązany i już sam fakt, że w 2006 roku jego członkowie zdecydowali się na powrót, był dość sporym zaskoczeniem.

Jeszcze większą niespodzianką było jednak to, że Gallileous – bądź co bądź, zaliczający się do grona pionierów doom metalu w Polsce – dość szybko po swym powrocie na scenę zrobił zwrot w stronę nieco innych brzmień, wciąż ciężkich, ale jednak bardziej dynamicznych i mniej ponurych. Od czasu wydanej w 2009 przydługawej EPki „Equideus", utwory Gallileousa stawały się coraz bardziej melodyjne. W końcu, wraz z wypuszczonym w 2013 roku albumem „Necrocosmos”, członkowie Gallileousa zdeklarowali się ostatecznie jako stonerowcy. Trzeba przyznać, że trafili dobrze, bo w ostatnich latach – dzięki sukcesom takich grup, jak Queens of the Stone Age, Clutch, Blues Pills czy The Vintage Caravan – popularny w latach 70-tych stoner rock przeżywa swoje odrodzenie. Nic więc dziwnego, że Gallileous kontynuuje obraną przed kilku laty stonerową ścieżkę na swym wydanym niedawno czwartym albumie, zatytułowanym „Stereotrip”.

Co ciekawe, album w wersji cyfrowej ukazał się jeszcze w poprzednie wakacje  – jednak dopiero pod koniec maja obecnego roku w formie fizycznej trafił na półki sklepowe dzięki współpracy z wytwórnią Musicom. Dobrze się stało, że ten materiał doczekał się namacalnego wydania, bo nic tak nie cieszy słuchacza, jak porządna płytka w łapkach – a należy otwarcie przyznać, że „Stereotrip” to naprawdę kawał porządnego grania! Niby to tylko 9 kawałków, składających się łącznie na ledwie 36 minut muzyki, ale… po raz kolejny potwierdza się to, że należy iść w jakość, a nie ilość.

Najbardziej zadziwia to, jak wiele interesujących motywów udało się Gallileousowi zmieścić w te nieco ponad pół godziny grania. Mimo tego, że niektóre utwory („Eaten By The Universe” i „Open Window”) nie trwają nawet trzy minuty, w zasadzie w każdym znajdziemy coś zapadającego w pamięć: a to charakterystyczny riff czy solówka (środkowy fragment „Dust On My Back” to gitarowe mistrzostwo!), a to potężne perkusje czy intrygująco wplecione w całą kompozycję efekty. Jest barwnie, jest dynamicznie, jest drapieżnie. Nie sposób tu się nudzić – od pierwszych sekund „Stereotrip” wciąga na całego!

Duża w tym zasługa nowej wokalistki, Anny Pawlus-Szczypior, której mocny głos płynie niczym okręt po instrumentalnej rzece i wciąga na pokład kolejnych pasażerów-słuchaczy. Anna dobrze brzmi zarówno w szybszych kawałkach, gdzie potrafi wykrzesać z siebie bardzo dużo energii (choćby singlowy „Sonic Boom”), jak i spokojniejszych – ależ ona hipnotyzuje głosem w „Born Into Space”!

Pochwalić też należy mix albumu, który nie jest ani zbyt wygładzony, ani też zbyt surowy – taki… w sam raz. Brzmienie jest na tyle czyste, by można było wyłapać niuanse wszystkich kompozycji – jednocześnie zaś nie na tyle, by album zatracił swój garażowy, szorstki charakter. Dawno nie miałem okazji posłuchać albumu, którego brzmienie byłoby tak dobrze wyważone!

Gdyby „Stereotrip” było prawdziwą wycieczką, podróżni zapewne wykupywaliby bilety na kolejną przejażdżkę jeszcze przed zakończeniem poprzedniej. Na szczęście, w tym przypadku wystarczy jedynie ponownie wcisnąć przycisk PLAY – i lecimy! A potem jeszcze raz, i jeszcze raz…! Jeśli macie ochotę na nieco psychodeliczną, stonerową wyprawę na krańce dźwiękowego wszechświata – sprawdźcie sami! Założę się, że też się wkręcicie…

Gallileous – "Stereotrip"
Premiera: 26 maja 2017 r.
Wydawca: Musicom

Tracklista:
1. Eaten By The Universe
2. Sonic Boom
3. 5D Flight
4. Five Suns
5. Born Into Space
6. Open Window
7. Dust On My Back
8. The Sound Of The Stereo Sun
9. Stereotrip

Komentarze: