Nasza recenzja

Evolve

Mija właśnie 5 lat, odkąd Imagine Dragons rzucili muzyczny świat na kolana swym debiutanckim albumem „Night Visions” i pochodzącym z niego singlem „Radioactive”, który królował w rozgłośniach radiowych całego globu. Kolejny longplay Smoków, „Smoke + Mirrors”, tylko potwierdził ich status wschodzącej gwiazdy światowej sceny muzycznej. Nie od dziś jednak wiadomo, że papierkiem lakmusowym, który pokazuje prawdziwą wartość artysty, jest dopiero trzecia płyta. O ile pierwsza oznacza często coś innowacyjnego i świeżego, a druga ciągnie swego twórcę dalej dzięki sile rozpędu udanego debiutu, to właśnie trzeci album w dyskografii pokazuje, czy na dłuższą metę artysta jest w stanie czymś jeszcze zaskoczyć słuchacza. Jak to wygląda w przypadku Imagine Dragons i wydanego właśnie przez nich krążka „Evolve”?

Odpowiedź na to pytanie nie jest tak oczywista, jakby się mogła wydawać jeszcze kilka miesięcy temu, po premierze pierwszego singla promującego „Evolve”, czyli piosenki „Believer”. Trzeba przyznać, że był to świetny wybór, bo ten przebojowy utwór z charakterystyczną, mocną linią perkusji i poruszającym tekstem szybko podbił serca fanów, stając się kolejnym hitem Smoków. Kolejny singiel, „Thunder”, wprawdzie aż takiej furory nie zrobił, jednak w kilku krajach udało mu się dotrzeć do pierwszej dziesiątki list przebojów. Mnie osobiście ta piosenka, jako nieco zbyt przeładowana efektami dźwiękowymi (to dubstepowe tempo i dziecięce głosy!), nie porwała – liczyłem jednak, że reszcie albumu bliżej będzie do pierwszego singla, niż do drugiego.

Otwierający album kawałek „I Don’t Know Why” wypada w tym kontekście naprawdę nieźle. Początek utworu brzmi jak fragment soundtracku do filmu science-fiction – człowiek podświadomie aż zamyka oczy, by wyobrazić sobie żółte napisy wjeżdżające na usiane gwiazdami ciemne tło, niczym w serii „Star Wars”. Po tak intrygującym wstępie pojawia się mocny beat i przykuwający uwagę wokal Dana Reynoldsa – na których to elementach opiera się zresztą cały album. Pozytywnie wyróżniają się także piosenki „I’ll Make It Up To You” i „Yesterday”. Pierwsza nawiązuje brzmieniowo do lat 80-tych (perkusja, syntezatory i bodaj jedyna na albumie gitarowa solówka z prawdziwego zdarzenia – krótka i prosta, ale jednak jest!). Z kolei druga nawiązuje klimatem do słynnego „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band” z repertuaru The Beatles. Zaskakuje, jak Smoki potrafią łączyć klasyczne motywy z nowoczesnym brzmieniem, mieszając różne style. Na tym zbudowali swój sukces i nie mam wątpliwości, że wciąż będą szli tą drogą. Ważne jednak, by w tych kombinacjach umieć zachować właściwe proporcje – a niestety, mam wrażenie, że panowie mają z tym problem.

Weźmy choćby drugi w kolejności na trackliście albumu kawałek, „Whatever It Takes”, który zrazu zdaje się stanowić idealną opcję na kolejny singiel. Jest tu spokojna, lecz wpadająca w ucho melodia, rapowane zwrotki i chwytliwy refren z motywującą do działania frazą („I do whatever it takes, cause I love how it feels when I break the chains”). Czy trzeba czegoś więcej, by odnieść sukces na listach przebojów? Biorąc preferencje muzyczne współczesnych słuchaczy, zdaje się, że oto dostaliśmy w swe ręce potencjalny hit. Ja sam po kilku odsłuchaniach albumu nie mam jednak wątpliwości, że ta piosenka brzmiałaby jeszcze lepiej, gdyby była bardziej… brudna. Brakuje tu choćby szczypty zadziorności, jakiegoś gitarowego riffa, który podkreśliłby wydźwięk refrenu i doprawił go w odpowiedni sposób.

Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że albo gitarzysta Wayne Sermon proces produkcji tego albumu zwyczajnie przespał, albo też został przez producentów płyty w trakcie sesji nagraniowych zamknięty w ciemnym pokoju bez klamek. Wiele z kompozycji zawartych na „Evolve” brzmi całkiem obiecująco, jednak zupełny brak gitary (lub li tylko symboliczna jej obecność) sprawił, że finalnie po ich odsłuchaniu miałem poczucie niedosytu. Takie utwory, jak „Walking The Wire”, „Rise Up” czy „Mouth Of The River” aż prosiłyby się o lekkie „ubrudzenie” – bo w takiej formie, w jakiej je dostaliśmy, są po prostu zbyt sterylne, przez co wydają się odarte z emocji. Nie mam wątpliwości, że na koncertach te utwory będą brzmiały dużo bardziej naturalnie i poruszą niejednego słuchacza – na albumie są jednak nieco zbyt wygładzone i ugrzecznione, jak na twórczość zespołu aspirującego do miana reprezentanta współczesnego rocka. Oczywiście, styl zespołu zawsze skręcał mocno w stronę różnych odmian popu czy nawet R&B, ale na poprzednich albumach te gitarowe motywy były jakby wyraźniejsze. Gdzie się podziała ta gitara, które na poprzedniej płycie napędzała rytm w genialnym „I Bet My Life” i nakręcała klimat w „I’m So Sorry”? Długimi momentami na „Evolve” zupełnie jej brakuje – zdecydowanie ze szkodą dla tego krążka.

Cokolwiek średnio udane decyzje podjęto także w przedmiocie kolejności utworów. Spójrzmy chociażby na końcówkę albumu, który mógłby być odbierany zupełnie inaczej, gdyby tylko kolejność dwóch ostatnich utworów była odwrotna. Dynamiczny, radosny „Start Over” o wiele lepiej nadałby się na utwór zamykający płytę, niż ciągnący się w nieskończoność „Dancing In The Dark” (zdecydowanie najsłabszy utwór na tym krążku). Podczas gdy ten pierwszy nawet samym tytułem zachęca do tego, by posłuchać płyty jeszcze raz, ten drugi pozostawia słuchacza jedynie z uczuciem ulgi, że udało się dobrnąć do końca. Chyba nie tak to miało wyglądać…

Wydaje się, że Imagine Dragons nie wykorzystali w pełni potencjału, jaki tkwił w „Evolve”. Materiał, jaki na ten album ostatecznie trafił, zasługiwał przede wszystkim na lepsze potraktowanie przez producentów. Kilka kawałków brzmi całkiem nieźle, ale z pozostałych dałoby się wyciągnąć o wiele więcej, gdyby tylko położono większy nacisk na to, by brzmiały one bardziej naturalnie. I oczywiście bardziej drapieżnie, bo Imagine Dragons na tym albumie to takie trochę… smoki bez pazurów. A przecież nie tylko najstarsi łowcy potworów doskonale wiedzą, że smoki pozbawione jednego ze swych najważniejszych atrybutów długo nie przetrwają! Jeśli tytuł „Evolve” miał symbolizować ewolucję, jaką przechodzi zespół, to chyba nie tędy droga. Dobrze, że chociaż na koncertach można będzie posłuchać nowych utworów w nieco lepszych wersjach – tam przynajmniej nie ma tych producentów, którzy odpowiednio "poprawiliby" brzmienie zespołu…

Imagine Dragons – „Evolve”

Premiera: 23 czerwca 2017

Wydawca: Interscope Records/Universal

Tracklista: 

1. I Don't Know Why
2. Whatever It Takes
3. Believer
4. Walking the Wire
5. Rise Up
6. I'll Make It Up To You
7. Yesterday
8. Mouth of the River
9. Thunder
10. Start Over
11. Dancing In the Dark

Komentarze: