Nasza recenzja

Harry Styles

Nowy David Bowie, Justin Timberlake albo Beatles. Tego typu określenia mnożą dziennikarze muzyczni na całym świecie, a ja wbrew nim, z całym przekonaniem stwierdzę, że Harry Styles jest wreszcie sobą. Nie bez przyczyny zatytułował swój debiutancki, znakomity album po prostu swoim imieniem i nazwiskiem. On wreszcie odnalazł własną drogę.

Sięgając po ten longplay przemknęło mi przez myśl, że mogę na nim znaleźć chwytliwe, popowe piosenki opowiadające o imprezach z przyjaciółmi. Równie dobrze wydawałoby się, że płyta powinna rozpocząć się od mocnego uderzenia, jakiegoś przebojowego kawałka, tymczasem Styles zaskakuje. Robi mi niespodziankę i wbija w fotel już od pierwszego kawałka, umieszczając pod numerem 1 delikatną balladę „Meet Me in the Hallway”. Gitara akustyczna prowadzi zawiłą melodię, a on wyśpiewuje naprawdę poruszający tekst – chyba wszyscy znamy filmowe ujęcia długich hotelowych korytarzy. Tam właśnie wyobrażam sobie Harry’ego siedzącego pod jednymi z drzwi i przyrzekającego „Poprawię się”.

W ogóle warto prześledzić warstwy liryczne również w innych utworach. Styles pisał je razem z zastępem pomocników, ale efekt końcowy jest naprawdę godny uwagi. Chociażby w singlowym „Sign of the Times” traktującym o rzeczach ostatecznych – śmierci, przekroczeniu progu nieba i pocieszeniu, jakiego szukają bliscy zmarłego. W podobnym klimacie utrzymane są chociażby „Two Ghosts” i „Sweet Creature”, bardzo mocne punkty całego krążka.

Nieco żywsze rytmy można odnaleźć w piosence „Carolina”, w której Styles opisuje swój epizod z narkotykami, jednak robi to w taki sposób, jakby relacjonował studencką balangę. Efekt jest dość trywialny, dlatego wydaje mi się, że jest to jeden ze słabszych momentów na krążku. Również dość średnio przypadł mi do gustu „Only Angel”, który dobrze nawiązuje do rocka lat 70, ale przeszkadza mi w nim przedziwne intro stanowiące pomieszanie z poplątaniem elektronicznych wstawek i niezbyt udanych chórków. Prawdziwie ognisty jest dopiero kawałek „Kiwi”, w którym artysta pokazuje, że ma zadatki na prawdziwego rockowca. Porywający tłumy wokal i zgrzytliwa gitara elektryczna sprawiają, że jest to istny wulkan energii.

Świetnie brzmi także „Woman” z dynamicznym gitarowym solo, które brzmi bardzo oldschoolowo. Właściwie jest to odpowiednie słowo, aby zdefiniować całą płytę. Styles widocznie czerpał inspiracje od dawnych tuzów rockowych. Dokładnie tak, jakby miał starą duszę albo urodził się w niewłaściwych czasach. Wydaje się bardzo dojrzały, bogaty w doświadczenia, jakby przeżył już niejedno zranienie i musiał podnosić się z kolan.

Album w końcu zamyka przepiękna, wyszeptana ballada „From The Dining Table”, w której pojawiają się dźwięki instrumentów smyczkowych nadające temu spokojnemu i kojącemu utworowi mnóstwo dostojności. To dobre podsumowanie, bo krążek Harry Styles w ogóle jest bardzo wyciszający i stanowi wspaniały przykład tego, że nie warto kierować się stereotypami, bowiem wokalista całkowicie odżegnuje się w nim od stylistyki One Direction. Przyjęło się powiedzenie, że każdy kiedyś zaczynał. Kapela ta wydała się dla Harry’ego dobrą okazją do rozeznania się, czego tak naprawdę szuka w muzyce, a owoc tych poszukiwań w postaci pierwszej płyty długogrającej okazał się doprawdy niezwykły.

Tracklista:
1. Meet Me in the Hallway
2. Sign of the Times
3. Carolina
4. Two Ghosts
5. Sweet Creature
6. Only Angel
7. Kiwi
8. Ever Since New York
9. Woman
10. From the Dining Table

Komentarze: