Nasza recenzja

Anticult

Zespół Decapitated jest jednym z tych, które cieszą się większą sławą na arenie międzynarodowej, niż krajowej. Szkoda, że w Polsce Decapitated postrzegany jest wciąż jako undergroundowa kapela, podczas gdy na świecie, obok Behemotha, jest jednym z bardziej rozpoznawalnych zespołów z naszego kraju.

To, że zespół jest doceniany poza granicami Polski nie wzięło się jednak znikąd, Decapitated to nie tylko wielka pasja do muzyki, ale też ogromna wiedza w tym zakresie posiadana przez członków zespołu. Można odnieść wrażenie, że nawet pojedynczy akord na żadnej z ich płyt nie znalazł się przypadkiem.

7 lipca tego roku ukazała się płyta „Anticult”. Nazwałabym tą płytę kolejnym klejnotem w koronie Decapitated. Od samego początku do końca, przez 36 minut słychać pełną bezkompromisowość. Powiecie, że 36 minut to mało? Ja jestem zdania, że lepsze 36 minut dobrego i konkretnego grania bez wypełniaczy, niż godzina muzycznej drogi przez mękę. I jedno mnie wielce cieszy: mimo tego, że płyta ma niewiele ponad pół godziny, partie gitar nie zostały skrócone do minimum.

Kawałek otwierający album, „Impulse”, serwuje słuchaczom świetne, lekko mroczne intro, żeby potem zmienić tempo i wrócić na death metalowe tory. Intro jest czymś w rodzaju świetnej przystawki przed jeszcze lepszym obiadem. „DeathValuation” jest torpedą, która z marszu wbija w fotel równie mocno, jak kolejny kawałek „Kill The Cult” – oba to potencjalne klasyki gatunku w najlepszym wydaniu. „Anticult” jest przede wszystkim czymś w rodzaju bliźniaczego brata „Blood Mantry” przez co dorównuje jej poziomowi. „One Eyed Nation” to już czyste agresywne granie w rodzaju death metalowej rąbanki, w której nie ma ani grama monotonii. W tym kawałku wisienką na torcie są gitarowe wstawki Vogga, które tylko potwierdzają jego ogromną muzyczną wiedzę i dowodzą, że death metal nie składa się wyłącznie z czterech riffów na krzyż. Przyznam się, że to mój prywatny faworyt z całej płyty – ale to tylko moja opinia, którą nie należy się sugerować… :-)

Utwory „Anger Line” i „Earth Scar” można zamknąć w jednym słowie: blast. Blasty wręcz leją się z głośników, potem tempo zwalnia, by znowu wrócić do blastów. Tutaj brawa należą się Michałowi Łysejce za perfekcyjne trzymanie tempa. Ale płyta „Anticult” ma w sobie dużo melodii wkomponowanej w cały death metaowy koncept – zarówno w wokalu Rasty, który ten wyniósł na growlowe wyżyny, jak i w solówkach Vogga – i nie ogranicza się wyłącznie do blastowego grania. Kawałek „Never” rozpędza się powoli, melodyjnym intro, żeby nagle wcisnąć piąty bieg i zacząć trzaskać klasyczny death. Przede wszystkim cała płyta oscyluje na świetnych zmianach tempa niczym biegów w samochodzie – tak jak podczas prowadzenia auta, zmiana biegów powoduje płynność jazdy, tak tutaj zmiany tempa nadają płynności całej płycie. No i nie zapomnijmy jeszcze o finezji gry Vogga – riffy nie są wygładzone w żadnym calu, ale są bardzo techniczne i przemyślane, dające poczucie, że wszystko się zgadza. Z warstwą muzyczną, która ma w sobie jednocześnie dużo finezji i prostoty, komponuje się też growl Rasty, który tworzy jedną, spójną całość.

Cały album zamyka kawałek „Amen”, krótki, wolniejszy, cięższy, prostszy, słowem – idealne zamknięcie płyty. „Amen” zwalnia jeszcze bardziej w outro – jeszcze raz mamy tu tę płynną zmianę biegów, o której wspominałam wcześniej. To takie małe wytchnienie po półgodzinnym death metalowym pędzie. I taki właśnie jest cały „Anticlut”: techniczny, płynny i przemyślany w swoim agresywnym buncie. A skoro tak dobra płyta kończy się utworem „Amen”, to mogę powiedzieć tylko tyle:
Lećcie do sklepu po „Anticult” i słuchajcie ile się tylko da. Byle głośno.
Amen.

***

Decapitaded –"Anticult"

Premiera: 7 lipca 2017

Wydawca:  Nuclear Blast Records/ Mystic Production

Tracklista:

1. Impulse
2. DeathValuation
3. Kill The Cult
4. One-Eyed Nation
5. Anger Line
6. Earth Scar
7. Never
8. Amen

Komentarze: