Nasza recenzja

Shine

KOLORY – nazwę tego indierockowego zespołu wszyscy powinni zapamiętać, bo już niedługo będzie o nim bardzo głośno. Tworzy go czwórka facetów pochodzących z serca Górnego Śląska, którzy krok po kroku, konsekwentnie budują swoją muzyczną ścieżkę, zdobywając kolejne punkty docelowe. Jednym z nich było wydanie świetnej drugiej EP-ki Shine.

W twórczości KOLORÓW wszystko się zgadza, każdy element układanki jest na swoim miejscu, począwszy od najważniejszego, czyli zgrabnych kompozycji, dobrego wokalu i fajnego warsztatu na instrumentach, przez pomysł na wizerunek i profesjonalne podejście do działalności kapeli. Formacji z pewnością pomogło zwycięstwo w projekcie Dzielnica Brzmi Dobrze, który swoim laureatom zapewniał koncerty, warsztaty czy sesje nagraniowe, ale muzycy mogli wykorzystać daną im szansę tylko przez włożenie w to swojej ciężkiej pracy. I jak do tej pory się udaje – pokonując wielu konkurentów podczas eliminacji, ekipa z Mikołowa zagrała na Przystanku Woodstock, Open’erze, a niedawno znalazła się w najlepszej szóstce półfinałowych zespołów Festiwalu Supportów i nie zapowiada się, aby miała zamiar zwalniać tempo. Grupa ma bardzo duży potencjał, ale co najważniejsze, cały czas się rozwija. Słychać to, porównując Shine do pierwszej EP-ki Vivid. Już same tytuły wiele tłumaczą. Vivid była właśnie żywa, skoczna, wypełniona po prostu przyjemnymi piosenkami. Shine błyszczy, wyróżnia się, ale jest już trochę mniej oczywista, a bardziej klimatyczna i tajemnicza. Same kawałki są też bardziej rozbudowane i urozmaicone, a panowie umiejętnie żonglują dźwiękami, tempem  i nastrojem, odpowiednio dozując napięcie.

Album rozpoczyna się dość nietypowo, bo od całkowicie instrumentalnego „Intro” cechującego się pulsującym rytmem, ciekawym momentem kulminacyjnym (których ogólnie na krążku nie brakuje) i zamknięciem całości kilkoma dźwiękami zagranymi na basie, które nagle się urywają. Widocznie był to zabieg celowy, ale skuteczny, starający się zaintrygować słuchacza, żeby z niecierpliwością oczekiwał następnej pozycji, co prowadzi nas do „We Are Going Down”, na którego otwarcie uwodzi nas aksamitny głos Sebastiana Szuły. Należy przyznać, że każda piosenka jest dopracowana, uwagę przykuwa ciepłe brzmienie gitar, a wszystkie solówki czy przejścia ładnie ze sobą komponują. Zarówno „Friendly Fire”, „Don’t Stop” czy „Burning Desire” trzymają równy, wysoki poziom.  Na płycie znalazł się również kawałek „Too Late”, wyróżniający się swoistą melancholią, ale dobrze znany fanom formacji, bo powstał do niego teledysk już w marcu zeszłego roku. Krążek kończy się z przytupem, chyba najlepszą, dynamiczną i porywającą kompozycją „Rise”, która jako singiel promowała całe wydawnictwo. Przyznam, że dobry tydzień po wypuszczeniu tego numeru nie mogłam się od niego uwolnić i przestać go słuchać.

Band ma stosunkowo krótki staż, ale jest na dobrej drodze, aby narobić szumu nie tylko na naszym rodzimym rynku muzycznym, ale też tym zagranicznym. Nie wiem, czy to zamierzony zabieg, czy tak się po prostu udało, ale KOLORY brzmią po prostu światowo i doskonale wpisują się w „target”. Mogą spodobać się nie tylko słuchaczom alternatywy czy rocka, ale też szerszemu gronu odbiorców gustującemu na co dzień w muzyce popularnej. Są utalentowani, bezczelnie przebojowi i pewni swojej wartości. Teraz pozostaje tylko czekać na wypełniony tak genialnymi kawałkami pierwszy album długogrający.

Tracklista:
1. Intro
2. We Are Going Down
3. Friendly Fire
4. Don’t Stop
5. Too Late
6. Burning Desire
7. Rise

Komentarze: