Nasza recenzja

Into The Great Unknown

W 2014 roku, po wydaniu swego czwartego albumu „Tearing Down The Walls”, grupa H.E.A.T zdawała się być u progu wielkiego sukcesu komercyjnego. Zespół był powszechnie uznawany za głównego przedstawiciela nowej fali melodyjnego rocka, która zaczynała właśnie zdobywać sobie miejsce w eterze radiowym, próbując nawiązać do sukcesów, jakich 30 lat wcześniej dostąpiły takie grupy, jak Bon Jovi, Queen, Whitesnake czy Europe. Młodzi Szwedzi tak mocno zaangażowali się jednak w promocję tamtego krążka, że później, po długim okresie intensywnego koncertowania, potrzebna im była dłuższa przerwa na zebranie sił przed ponownym wejściem do studia.

Zanim zespół zabrał się do nagrywania nowych piosenek, musiał poradzić sobie z wieloma problemami – na czele z odejściem gitarzysty Erica Riversa. Chociaż ta sytuacja mocno wstrząsnęła pozostałymi członkami grupy, na całe szczęście dość szybko udało im się znaleźć zastępstwo w osobie Dave’a Dalone’a – znanym od niedawna jako Sky Davids. Jako że Dave/Sky był już wcześniej przez siedem lat członkiem H.E.A.T, szybko wkomponował się na nowo do zespołu, dzięki czemu można było wreszcie przystąpić do tworzenia albumu. Po 18 miesiącach od ostatniego koncertu we wrześniu 2015 roku w Tokio, nagrania do piątego studyjnego krążka H.E.A.T wreszcie wystartowały.

Od początku wiadomo było, że zespół będzie chciał trochę poeksperymentować z brzmieniem nowych utworów – poszczególni członkowie H.E.A.T w udzielanych po premierze „Tearing Down The Walls” wywiadach dość wyraźnie podkreślali, że przy kolejnej okazji fani mogą się spodziewać czegoś nieco innego. Nawet takie zapowiedzi nie mogły jednak przygotować fanów na to, co przyniósł pierwszy singiel, „Time On Our Side”, który pokazał, że zapowiadana zmiana stylu może być dość radykalna. Oparty na syntezatorach utwór miał więcej wspólnego z euro-popem przemieszanym z twórczością Muse, aniżeli czymkolwiek, co do tej pory opublikował H.E.A.T – nic więc dziwnego, że dość mocno podzielił fanów zespołu. Chociaż jednak opinie na temat tej piosenki były bardzo skrajne, nie należy zapominać o tym, że wszystkie cztery wspomniane na wstępie zespoły (Bon Jovi, Queen, Whitesnake i Europe), których dokonaniami mocno inspirowali się zawsze muzycy H.E.A.T, też w pewnym momencie zaliczyły dość drastyczne zmiany stylu – i być może właśnie dzięki temu dłużej utrzymywały się na topie. Może właśnie w ten sposób rozumowali członkowie H.E.A.T, licząc na to, że spróbowanie czegoś nowego pozwoli im na ten szczyt, zarezerwowany w dzisiejszych czasach raczej dla wykonawców typowo popowych, wreszcie wskoczyć?

Wydaje się wszakże, że fani przyjęliby te próby lepiej, gdyby na pierwszy singiel zespół wybrał coś nieco bardziej podobnego do swych wcześniejszych płyt. Tym bardziej, że na „Into The Great Unknown”, wbrew pozorom, takich typowo H.E.A.T-owych utworów nie brakuje. Wspomnijmy chociażby o otwierającym album, mocno gitarowym, przebojowym kawałku „Bastard Of Society”, „Best Of The Broken”, w którym spokój zwrotek kontrastuje z mocą refrenu, czy wreszcie szalonym, będącym kwintesencją skandynawskiego rocka „Blind Leads The Blind” z wyraźnie wyróżniającą się linią klawiszy. W kontekście wyboru pierwszego singla każdy z tych utworów sprawdziłby się, moim zdaniem, nieco lepiej, niż ostatecznie wybrana do tej roli piosenka: wszystkie trzy są bardzo energetyczne i wpadające w ucho, a z pewnością nie wywołałyby u wieloletnich fanów zespołu takiego szoku, jaki przeżyli wraz z premierą „Time On Our Side”. Nie zrozumcie mnie źle: to naprawdę interesujący kawałek, na który jednak fani H.E.A.T nie byli w tamtym momencie gotowi. Mam wrażenie, że zostałby odebrany zupełnie inaczej, gdyby przedstawiono go najpierw „w opakowaniu” całego albumu, a dopiero potem zrobiono z niego singiel – tym bardziej, że wbrew pozorom ten krążek nie stanowi aż takiej rewolucji w twórczości zespołu, jak można się było spodziewać po brzmieniu „Time On Our Side”.

Tak naprawdę, nie licząc pierwszego singla, większe zdumienie u fanów może budzić jeszcze tylko jeden kawałek – „Redefined”, w którym gitara schodzi na tylny plan, oddając pole klawiszom przeplatającym się z elektronicznym beatem w stylu disco z końcówki lat 80-tych. Pozostałe piosenki to w mniejszym lub większym stopniu to, czego moglibyśmy się spodziewać i oczekiwać po H.E.A.T jako zespole świadomym własnego dorobku i tożsamości, ale jednocześnie stale ewoluującym i poszukującym świeżych inspiracji. Mamy więc tu odpowiednią dawkę prawdziwych rockerów (wspomniane wyżej trzy piosenki „na singiel”) i dwa dynamiczne utwory mid-tempo („Shit City” z przewijającym się przez cały utwór gryzącym riffem i „We Rule”, w którym napięcie rośnie z każdą sekundą). Nie mogło zabraknąć również ballady („Eye Of The Storm”), która jednak wcale nie jest pozbawiona mocy – a wręcz przeciwnie! Z kolei na zamknięcie krążka otrzymaliśmy dwie piosenki w typie stadionowych hymnów, z przewijającymi się stale charakterystycznymi motywami wydobytymi z syntezatora: energiczną „Do You Want It?” oraz epicką, siedmiominutową piosenkę tytułową, „Into The Great Unknown”. W utworze, który brzmi trochę jak stare Europe (w wydaniu z okresu 1986-1992), znalazło się miejsce dla instrumentalnych popisów wszystkich członków zespołu – na czele z nowym-starym gitarzystą, Dave’m (jakoś nie umiem się przestawić na tego Sky Davidsa…).

Mocną stroną całego albumu są niewątpliwie teksty piosenek (co ciekawe, podpisane w książeczce w większości jako wspólne dzieło zespołu!) – dojrzałe, inspirujące i… niepozbawione mocnych słów (vide „Shit City” czy „Blind Leads The Blind”). Czuć, że utwory zawarte na „Into The Great Unknown” są bardzo osobiste (ale w tej osobistości bardzo uniwersalne zarazem!). Nie brak w nich nostalgii, rozterek czy wręcz, niemalże, wojennych deklaracji – jak choćby w „Bastard Of Society”, gdzie słyszymy fragment: „Fire me up and I'll burn the sun, I come loaded with a million guns” („Napełnij mnie energią, a ja spalę słońce, nadchodzę uzbrojony w million karabinów”), pokazujący, w jak bardzo bojowych nastrojach zespół powrócił do studia po długiej przerwie. Całą tę paletę emocji otrzymujemy dodatkowo wzmocnioną przez brawurowy wokal Erika Grönwalla. Blondwłosy frontman, który dołączył do H.E.A.T w 2010 roku w zastępstwie Kenny’ego Lackremo, jest naprawdę w wybornej formie, co udowodnia na „Into The Great Unknown” raz za razem. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że mało który wokalista może obecnie się pochwalić tak potężną skalą głosu!

Wspomniany wcześniej utwór tytułowy zawiera w refrenie dość znaczące słowa: „Is it the end of the road, or a one way ticket to fortune and fame?” („Czy to już koniec drogi, a może bilet w jedną stronę do bogactwa i sławy?”), które zdają się znakomicie opisywać miejsce, w którym znalazł się H.E.A.T po wydaniu tego albumu. Zespół zaryzykował, tworząc płytę nieco odmienną od poprzednich: może trochę zbyt eksperymentalną, może miejscami troszkę zbyt odchodzącą od rocka w stronę popu czy wręcz disco – jednak wciąż pełną przebojowych, miejscami wręcz epickich piosenek okraszonych świetną produkcją (brzmienie jest naprawdę fantastyczne!), które przy odrobinie szczęścia mogą wynieść zespół na szczyty, o jakich na pewno marzą jego członkowie. Stare rosyjskie przysłowie mówi, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Mam dziwne wrażenie, że butelka przeznaczona dla H.E.A.T od kilku miesięcy już się chłodzi i tylko czeka na otwarcie!

H.E.A.T – „Into The Great Unknown”
Premiera: 22 września 2017
Wydawca: earMUSIC
Dystrybucja w Polsce: Mystic Production

Tracklista:
1. Bastard Of Society
2. Redefined
3. Shit City
4. Time On Our Side
5. Best Of The Broken
6. Eye Of The Storm
7. Blind Leads The Blind
8. We Rule
9. Do You Want It?
10. Into The Great Unknown

Komentarze: