Nasza recenzja

Firepower

Przyszedł dzień, na który fani Judas Priest czekali od dłuższego czasu. Oto w końcu pojawił się sukcesor „Redeemer of Souls”, czyli nowe wydawnictwo zatytułowane „Firepower”. Czy nowy album okazał się wart tych czterech lat oczekiwania?

Mam wrażenie, że „Firepower” jest jak wino, które ktoś zabutelkował 30 lat temu, otworzył dzisiaj, nalał do nowego kieliszka i delektował się smakiem. Brzmienie Judas Priest wydaje się dość hermetyczne, wręcz „zakonserwowane” – nigdy nie odeszli drastycznie od swojego typowego brzmienia, ich wszystkie kawałki miały w sobie swoistą sygnaturę zespołu. Wiecie, jak się już raz komuś puści coś z repertuaru Judas Priest, to spokojnie rozpozna kolejne utwory, słysząc je kiedyś  w radiu. „Firepower” to nic innego, jak sztandarowa twórczość Judas Priest, choć trzeba to powiedzieć głośno: o ile płyta nie jest niczym nowym, to jednak nie jest na jedno kopyto. Jest po prostu spójna.

Panowie nie są już pierwszej młodości i pozostaje pytanie: czy osiemnasty krążek w dorobku, która ma w sobie dźwięki kilku poprzednich może wnieść coś, co wywróci świat do góry nogami? Może. Ale nie z przytupem. Z pewnością płyta wkradnie się w łaski „sentymenciarzy”, którzy zawsze z rozrzewnieniem wspominają albumy sprzed 20 lat i mówią, że „dziś już takich płyt nie wydajo!”. Bo „Firepower” zalatuje trochę „British Steel”, zapewne za sprawą Toma Alloma – człowieka, który wyprodukował większość płyt Judaszy z lat 80-tych i powrócił do współpracy z nimi po 9 latach. Z drugiej strony mamy też drugiego producenta Andy’ego Sneapa, który nadał temu krążkowi nieco nowoczesności i bardziej agresywnego spojrzenia na heavy metal. Współpraca obu tych panów wypośrodkowała brzmienie „Firepower” na osi czasu.

Krążek rozpoczyna tytułowy „Firepower”. I jak można wywnioskować z tytułu, ten kawałek ma power! Zaraz po nim wchodzi „Lightning Strike”, który jest równie energetyczny, co pierwszy utwór. Te dwa kawałki to taka klasyka Judas Priest. Trochę ciężej robi się na „Evil Never Dies” za sprawą spadku tempa, ale muzycznie utwór nie odstaje od poprzedniej dwójki. „Never The Heroes” jest de facto pierwszym numerem, który trochę wyróżnia się z tłumu. Tu czuć ten lekki powiew nowoczesności, moim zdaniem bardzo udany. Poza tym mam wrażenie, że Judas Priest osiągnął stan muzycznej równowagi i swoistego zen – ani za mało gitar, ani za mało wokalu. Myślę, że właśnie to przynosi ogromny sukces: to harmonijne zostawienie genialnego falsetu Halforda i tych wszystkich wymuskanych solówek Faulknera i Tiptona.

Wracając do zawartości albumu: piąty w zestawie jest „Necromancer”, który ponownie przynosi typowo Judaszowe brzmienia. Classic heavy metal nie był nigdy aż tak klasyczny, jak tutaj. Potem tempo zwalnia ponownie przy „Children Of The Sun”, który jest cięższym, ale też bardziej klimatycznym utworem. Następnie wchodzi „Guardians” stanowiący balladowe preludium do „Rising From Ruins”. Ten kawałek pachnie mi mocno starą twórczością Judas Priest – to coś, co brzmi jak odrzut z którejś z płyt z lat 80-tych.

Jesteśmy za półmetkiem – przechodzimy zgrabnie do „Flame Tower” i znowu podkręcamy tempo. Borze szumiący (od boru, żeby nie było!), jak Halford tu brzmi! Wokalnie jest bardzo męski. Potem „Spectre” – ciekawy początek, zwalniamy, idziemy ciężej, ale dalej dźwięki są skrojone na miarę. Uwierzcie mi, że ciężko mi się recenzuję tę płytę, bo bardzo trudno jest pisać rzeczy oczywiste. Wiecie, jak to jest: zamykacie oczy, słyszycie coś z „Firepower” i niczym w programie „Jaka To Melodia”, po 3 sekundach wciskacie guzik i mówicie „Judas Priest”. A potem dodajecie: „Dalej genialne”. Bo ten album ciężko opisać inaczej.

Kolejny na liście jest „Traitors Gate” z lekkim, akustycznym początkiem, który rozwija się przez pół minuty, następnie wraca na heavymetalowe tory i zapier… mknie. Osobiście jeden z moich ulubionych. „No Surrender” znowu jedzie przeszłością – i to jest ten zapach motocyklowej kurtki z lat młodości (rodzice czy dziadkowie znają ten motyw!). Ale to po prostu kolejny genialny kawałek, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Przedostatni jest „Loan Wolf” – już nie wiem co pisać, żeby się nie powtarzać. Napiszę więc tylko: DOBRE! I został nam utwór zamykający płytę, ballada „Sea Of Red”. Myślę, że ten kawałek bardzo pasuje na koniec, głównie dlatego, że… nie pasuje mi nigdzie indziej. Piosenka jest bardzo dobra, chociaż nie najwybitniejsza na tej płycie. Ale solówka kładzie na łopatki i trzyma jeszcze długo.

Co można więcej powiedzieć o tej płycie, kiedy wszystko już zostało powiedziane? Kiedy Mick Jagger spłodził syna w wieku 70 lat, świat zrobił wielkie „WOOOW”. Kiedy panowie z Judas Priest w swoim wieku nagrywają taką płytę, też mamy „wow”, ale nieco ciszej. Ale to widocznie hierarchia zasług. Dla mnie Judasze trzymają poziom i robią coś, w czym czują się fantastycznie, a co zarazem jest dobre. Płyta jest świetna i ma mój przysłowiowy „cesarski kciuk w górę”. A żeby słuchać jej należycie… chyba kupię sobie samochód. Zatem, czy z samochodem, czy bez – polecam posłuchać. A potem zapętlić tę czynność!

Judas Priest – „Firepower”

Wydawca: Sony Music

Premiera: 9 marca 2018

Tracklista:

01. Firepower
02. Lightning Strike
03. Evil Never Dies
04. Never The Heroes
05. Necromancer
06. Children of the Sun
07. Guardians
08. Rising From Ruins
09. Flame Thrower
10. Spectre
11. Traitors Gate
12. No Surrender
13. Lone Wolf
14. Sea Of Red

Komentarze:

Zobacz również: