Nasza recenzja

Radio Free America

Nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że odejście Richiego Sambory z Bon Jovi wstrząsnęło przed pięciu laty całym środowiskiem muzycznym. W samym środku światowej trasy koncertowej gitarzysta postanowił opuścić zespół, któremu poświęcił 30 lat swej kariery – i który zarazem z jego samego uczynił jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci sceny rockowej. Nie zgadzając się z wizją lidera grupy, Jona Bon Jovi, będący dotąd jego prawą ręką Richie postanowił na dobre zająć się solową karierą. Dla fanów muzyka oczywistym było, że w niedługim czasie dostaną w swe krążek, który po raz kolejny ukaże w pełnej krasie gitarową maestrię Sambory.

To przekonanie tylko umocniło się, gdy kilka miesięcy później Richie związał się z Orianthi Panagaris. Były muzyk Bon Jovi i gitarzystka znana dotąd z gry w zespołach Michaela Jacksona i Alice’a Coopera, zdawali się być do siebie dopasowani perfekcyjnie. Pomijając sporą różnicę wieku, łączyło ich w zasadzie wszystko: bluesowe zacięcie, skłonność do długiego gitarowego jammingu, a nawet uwielbienie dla tego samego dodatku do ubioru – kapeluszy. Nic zatem dziwnego, że szybko między nimi zaiskrzyło – zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. Wiosną 2014 roku para twierdziła, że mają już gotowych kilkadziesiąt piosenek i „już za chwileczkę, już za momencik” możemy się spodziewać ich pierwszej wspólnej płyty.

Czas jednak mijał – a album wciąż się nie pojawiał. Gdyby jeszcze kilka miesięcy temu ktoś poprosił mnie o stworzenie listy zjawisk niewiele mających wspólnego z prawdą – to niewykluczone, że gdzieś tuż za jednorożcami, potworem z Loch Ness i lądowaniem UFO w Roswell, a przed występem reprezentacji Polski w finale piłkarskich mistrzostw świata, umieściłbym premierę krążka od Richiego i Orianthi. Przez dłuższy czas naprawdę można było wątpić, czy cokolwiek z tego będzie: ciągle zmieniały się nazwiska pracujących nad tym materiałem muzyków towarzyszących i producentów (zaczął Luke Ebbin, potem pałeczkę przejął Michael Bearden, by finalnie przekazać ją legendarnemu Bobowi Rockowi), premiera była przesuwana w nieskończoność i w zasadzie nikt nie wiedział, czy jakakolwiek wytwórnia tę płytę w ogóle zechce wydać. W końcu jednak wszystko zaczęło zmierzać ku szczęśliwemu końcowi, dzięki czemu debiutancki materiał duetu RSO ostatecznie trafił w nasze ręce.

No właśnie: RSO. Nie wiem, kto z nich, Richie czy Ori, wyszedł z pomysłem występowania pod takim właśnie szyldem, ale szczerze mówiąc, uważam go za totalnie chybiony. Niby oczywistym jest, że to skrót od Richie Sambora + Orianthi” – mam jednak dziwne wrażenie, że większości osób nie dość, że nic ten akronim nie mówi, to jeszcze kojarzyć się będzie raczej z urzędową czy korporacyjną nowomową. W samym języku angielskim mamy kilkadziesiąt rozwinięć tego skrótu – w tym tak zaskakujące, jak „Religious Support Office” czy „Registered Sex Offender” (sic!). W Polsce bodaj pierwszym, co przychodzi na myśl, jest „Rzeczywista Stopa Oprocentowania”. Myślę, że w innych językach dałoby się znaleźć równie (nie)ciekawe rozwinięcia skrótu RSO, mające tyleż wspólnego z muzyką, co Korea Północna z demokracją. Naprawdę – nie dało się, niczym swego czasu legendarny duet Coverdale/Page, zostać przy jakiejś wariacji prostego „Richie Sambora + Orianthi”…?

Równie nietrafna, co nazwa projektu, jest moim zdaniem polityka wydawnicza przyjęta przez Richiego i Ori – a ściślej, wydanie materiału w formie EPek na długo przed premierą właściwego albumu. Miałoby to jeszcze sens, o ile większość utworów opublikowanych w ramach EPek stanowiłyby kawałki, które ostatecznie na płycie by się nie pojawiły. Taki zabieg przyniósłby duetowi niemało korzyści: przede wszystkim, pozwoliłby na opublikowanie wszystkich 25 (o tylu właśnie wspominał w jednym z wywiadów Richie) nagranych przez nich i przekazanych wytwórni piosenek – i to w taki sposób, by na album trafiły tylko te najlepsze, wypieszczone „perełki”. Cała, niekoniecznie spójna stylistycznie reszta, stanowiłaby w takim wypadku jedynie ciekawostkę wrzuconą do sieci z szacunku do fanów – coś na zasadzie podziękowania za 4 lata cierpliwego czekania. Przyznam szczerze: po premierze pierwszej EPki, „Rise”, byłem przekonany, że tak to właśnie będzie wyglądać – i zapewne nie byłem w tym przekonaniu osamotniony. Nie muszę Wam zatem tłumaczyć, jak wielce byłem zdumiony w momencie opublikowania finalnej tracklisty albumu „Radio Free America” – tyleż zaskakującej, że… nie oferującej słuchaczom praktycznie nic nowego. Na 15 utworów znaliśmy w tamtym momencie 13 – a w zasadzie nawet 14, bo zajawkę jednego z „nowych” Ori też wcześniej publikowała. A ten piętnasty, jedyny, z którego nie słyszeliśmy wcześniej nawet fragmentu miał być… coverem. Czy oni naprawdę liczyli w tej sytuacji, że ktokolwiek będzie się premierą tego krążka naprawdę ekscytować!? Wiem, że są osoby, które mimo wszystko odliczają dni pozostałe do premiery tego longplaya – jednak sam odczuwam brak tego entuzjazmu, który powinien towarzyszyć premierze długo wyczekiwanego albumu, oczekiwania na dzień, kiedy będę miał możliwość zapoznać się z zestawem faktycznie świeżych, nieznanych dotąd utworów. Na własne życzenie Richie i Ori pozbawili nas wszystkich tego elementu zaskoczenia, tym samym strzelając sobie trochę w kolano także w kwestii sprzedaży płyty. Tym bardziej, że „Radio Free America”, takim arcydziełem, na jakie wiele osób liczyło, niestety nie jest.

Żeby było jasne: nie mówię, że to jest krążek, który należałoby w całości wyrzucić do kosza. Wręcz przeciwnie: chociaż zdarzyło się tu kilka wpadek, to jednak w gruncie rzeczy mamy do czynienia z całkiem niezłą płytą. Parę utworów z niej pochodzących wręcz miażdży – choćby otwierający tracklistę stadionowy hymn „Making History”, który w pełni ukazuje potencjał tego niezwykłego wokalno-gitarowego duetu. Podobać się mogą również kolejne utwory: spokojny „We Are Magic”, charakteryzujący się przestrzennym brzmieniem i pozytywnym przesłaniem, a także „Rise”, pod względem dynamiki będący bliźniakiem „Making History”.

Po "Rise" zaczynają się prawdziwe eksperymenty. Na pierwszy ogień idzie „Take Me”, utwór, w którym wokalnie udziela się jedynie Richie. Jego nietypowe, nieco jazzowe brzmienie z wysuwającym się na pierwszy plan głosem Sambory z początku wpada w ucho. Po jakimś czasie ta piosenka zaczyna jednak nużyć i staje się jedną z tych, przy których od razu wciskamy przycisk "DALEJ". Kolejny na liście jest „Masterpiece” – kawałek, który równie dobrze mógłby zostać napisany i nagrany przez Eda Sheerana do spółki z Laną Del Rey. Tu mamy sytuację odwrotną, niż w przypadku "Take Me": ten utwór tak bardzo nie pasuje do tego, czego moglibyśmy się spodziewać po Richiem i Ori, że początkowo odrzuca – by po jakimś czasie niepostrzeżenie „wkręcić się” do tego stopnia, że można go słuchać w trwającym przez bitą godzinę zapętleniu. Nie jest to, jakby mógł na to wskazywać tytuł tego kawałka, żaden "majstersztyk" – jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że mimo wszystko chce się do niego wracać.

Następną w kolejce piosenką jest melodyjna „Walk With Me”. Mam wrażenie że ten całkiem przyjemny, ciepły utwór brzmiałby o wiele lepiej, gdyby nie zupełnie niepotrzebne złamanie tempa wstawką, która brzmi, jakby ktoś połączył sample utworów Michaela Jacksona i Piotra Rubika i wkleił je w miejscu, gdzie powinna znaleźć się solówka. Dziwny zabieg – i szczerze mówiąc, totalnie zbędny, mocno psujący odbiór piosenki.

Wraz z siódmym utworem na liście, „I Don’t Want To Have To Need You Now”, na pierwszy plan wysuwa się znów Richie Sambora. Trzeba przyznać, że ten stary mistrz rockowych ballad wciąż nie zawodzi w takim repertuarze – niczym w swych najlepszych czasach, nadal potrafi wręcz zahipnotyzować słuchacza połączeniem swego głębokiego głosu i gitary. Nic dziwnego, że po „I Don’t Want To Have To Need You Now” Richie serwuje nam jeszcze dwa utwory w podobnym klimacie: „Forever All The Way”, nieco przypominający stare, dobre „All That Really Matters” z jego drugiej solowej płyty „Undiscovered Soul”, a także „One Night Of Peace”, którego tekst poświęcony jest sytuacji amerykańskich żołnierzy na misjach. Szkoda tylko, że na płytę trafił „modern mix” tego kawałka, a nie o wiele bardziej epicka wersja opublikowana w charakterze świątecznego singla. Jak to mówią – lepsze jest wrogiem dobrego.

Zestaw ballad uzupełnia „Truth”, w której oba wokale splatają się ze sobą w poruszający sposób. Co ciekawe, w tym utworze zupełnie zrezygnowano z gitar – za całe tło muzyczne robią tu klawisze do spółki z perkusją. Jak na dwójkę gitarzystów, nietypowe posunięcie – jednak trzeba przyznać, że w tym przypadku całkiem udane.

O ile jednak naszpikowane emocjami „Truth” jako swoisty eksperyment daje radę – o tyle dwa inne utwory w ogóle nie powinny się na tej płycie znaleźć: brzmiący jak wycięte z serialu na Disney Channel „Good Times” z rapowaną wstawką w stylu modnym we wczesnych lat 90-tych, a także paskudny i zwyczajnie męczący cover „I Got You Babe” z repertuaru duetu Sonny & Cher. Oba to koszmarki, które potwornie zaniżają poziom całości i absolutnie nie przystoją komuś takiemu, jak Richie Sambora. Chyba nie po to odchodził z Bon Jovi, by teraz podpisywać się pod taką tandetą? Szczerze mówiąc, żaden do tej pory firmowany jego nazwiskiem utwór nie wzbudzał we mnie aż takiego niesmaku, jak te dwie piosenki – nawet najbardziej wyśmiewane kawałki Bon Jovi w stylu „Wildflower” czy „Fast Cars”, stoją moim zdaniem ze dwa levele wyżej, niż „Good Times” i „I Got You Babe”. Brrr! Straszne potworki – szkoda, że nie da się ich permanentnie usunąć z tracklisty, bo naprawdę ten krążek bez nich byłby dużo, dużo lepszy!

Na całe szczęście, złe wrażenie pozostawione przez te utwory nieco blednie w obliczu końcówki albumu. Najpierw ster przejmuje Ori – de facto po raz drugi. Po usytuowanym w trackliście tuż po „Truth”, nieco orientalnie, a przez to interesująco brzmiącym „Together On The Outside” (z gościnnym udziałem samego Alice’a Coopera!), tym razem australijska gitarzystka w kawałku „Blues Won’t Leave Me Alone” zabiera nas na wyprawę w dobrze sobie znane muzyczne rejony na pograniczu bluesa i rocka. I chociaż wokalnie Ori wypada w tym utworze całkiem dobrze, to jednak trochę szkoda, że w ogóle nie udziela się tu Richie – moc, jaka tkwi w jego głosie, mogłaby wywindować ten i tak znakomity kawałek na kosmiczny poziom. Z kolei w zamykającym album „Hellbound Train” to znowu Sambora staje za mikrofonem – jednak przyznam szczerze, że akurat ten cover z repertuaru grupy Savoy Brown wyszedł mu w najlepszym razie poprawnie. Niby znajdziemy tutaj to, czego moglibyśmy oczekiwać po Richiem – 9 minut długiego gitarowego grania – a jednak… czegoś tu brakuje. Cóż, taki cover, jak pamiętny „When A Blind Man Cries”, widocznie też zdarza się tylko raz...

„Radio Free America” to album, który ciężko jednoznacznie ocenić. Z jednej strony, znajdziemy tu całkiem sporo naprawdę przyjemnych rzeczy, które w odpowiedni sposób oddają cześć tytułowi tej płyty: jest bardzo radiowo i bardzo amerykańsko, a jego twórcy pozwolili sobie popuścić wodze artystycznej wolności. Jednocześnie, ten krążek ma niestety sporo mankamentów, z których bodaj największym jest to, o czym napomknąłem już wcześniej: NIESPÓJNOŚĆ. Wiem, że Richie i Ori bardzo chcieli tu pokazać swoją wszechstronność – że, jak to sami ujęli, nie są „tylko” gitarzystami – ale chyba trochę z tym przesadzili. Niemal każdy kawałek, jaki znalazł się na tej płycie, jest jakby z innej bajki – przez co odbiór całości jest mocno zakłócony. Ten longplay przypomina nieco składankę: trochę utworów jednego artysty, trochę drugiego, parę duetów, a wszystko to składające się z elementów właściwym kilku gatunkom muzycznych. Dziwię się, że nawet tak doświadczony producent, jak Bob Rock (który, swoją drogą, w kwestii brzmienia albumu wykonał mimo wszystko fantastyczną robotę!) nie wyperswadował Richiemu i Orianthi wypuszczenia krążka zawierającego piosenki reprezentujące tak różne style – a przez to, niestety, nie trzymającego się kupy. Po tak świetnych albumach, jak ostatnie solowe dzieła obojga muzyków („Aftermath Of The Lowdown” Richiego i „Heaven In This Hell” Ori) liczyłem na to, że ich wspólne dzieło okaże się największą muzyczną bombą dekady. Okazało się jednak, że w muzyce prawidła matematyki nie zawsze znajdują zastosowanie – i dwa wielkie plusy, jakimi są (byli?) Richie i Orianthi w wersji solo, po zsumowaniu potrafią czasem dać minus. Zapowiadało się na coś fantastycznego – a wyszło... tak sobie. Z wieloma dobrymi momentami – ale nie oszukujmy się: w ogólnym rozrachunku zwyczajnie szału nie ma. Jakby to ujął grany przez nieodżałowanej pamięci Leona Niemczyka „Król sedesów” z kultowej komedii „Chłopaki nie płaczą”: „mnie oszukasz, matkę oszukasz, przyjaciela oszukasz, ale życia nie oszukasz”. Drogi Richie, droga Ori – naprawdę stać Was na więcej! Może po prostu trzeba wrócić na solową ścieżkę…?

RSO – „Radio Free America”
Premiera: 11 maja 2018

Tracklista:
1. Making History
2. We Are Magic
3. Rise
4. Take Me
5. Masterpiece
6. Walk With Me
7. I Don’t Want To Have To Need You Now
8. Truth
9. Together On The Outside
10. Good Times
11. Forever All The Way
12. I Got You Babe
13. One Night Of Peace (Modern Mix)
14. Blues Won’t Leave Me Alone
15. Hellbound Train

Komentarze: