Nasza recenzja

The $5.98 - Garage Days Re-Revisited

Jeszcze dobrze nie opadły emocje po polskim koncercie Metalliki, a już mamy kolejną nowość wydawniczą od zespołu. Chociaż słowo „nowość” w tym przypadku jest odrobinę na wyrost – światło dzienne ujrzała ponownie zremasterowana  EPka „ The $5.98 - Garage Days Re-Revisited ”.

Pierwotnie, minialbum został wydany w roku 1987, po czym został wycofany ze sprzedaży – by powrócić w roku 1998 jako część albumu „Garage Inc.”. Teraz, po 20 latach, EP-ka z coverami dostała odświeżone brzmienie od Chrisa Bellmana. Dla fanów to również nie lada gratka, bo mini album ukaże się w następujących wydaniach:
• CD
• Limitowana wersja CD w podłużnym pudełku
• LP
• Limitowana edycja LP (pomarańczowy winyl)
• Limitowana edycja LP picture disc
• Limitowana edycja na kasecie
• Streaming i Download

Co zatem znajdziemy na nowej wersji „The $5.98 - Garage Days Re-Revisited” i czym ona tak naprawdę różni się od pierwotnego wydania?

Pierwszą pozycją jest cover utworu „Helpless” Diamond Heada. Znajdziemy tutaj idealnie olschoolowo-thrashowe brzmienie. Linia muzyczna jest nieco czystsza niż pierwotnie i zdecydowanie inaczej brzmi wokal. Ale tak między nami mówiąc… wolę wersję pierwotną ;) Jest dużo bardziej szorstka i mniej wygładzona od tegorocznego wydania „Helpless”.

Wraz z drugą pozycją robi nam się już ciężej i mroczniej – mowa oczywiście o „The Small Hours” zespołu Holocaust. To kolejny ponad 6-minutowy kawałek na tej płycie. Znowu mamy lekko wygładzony dźwięk i wokal (chociaż wydaję się, że już nie ma aż takich różnic w wokalu jak w „Helpless”) ale… rany, jak ten kawałek brzmi! Jest w nim taka niewyobrażalna siła i wydaje się, że wszystko w tym kawałku jest na swoim miejscu.

Trzeci utwór (jesteśmy na półmetku!) to „The Wait” z repertuaru Killing Joke. Ten kawałek wydaje mi się najbardziej podobny do oryginału – chociaż moim zdaniem, najlepiej wypada jednak w wykonaniu Killing Joke. Ale de facto nie mogę o tym coverze powiedzieć nic innego jak to, że jest po prostu dobry.

Numerem cztery jest „Crash Course in Brain Surgery” Budgie. Tu, tak jak i poprzednio, obie wersje niespecjalnie się różnią. Ale jaki ten kawałek ma power! I należy zaznaczyć, że znalazło się tu miejsce na solo basowe, co nie zdarza się często… a powinno (bo skoro połowa społeczeństwa i tak nie słyszy basu, to przynajmniej dajmy im basowe solo, żeby udowodnić, że ten koleś co ma 4 struny, nie stoi sobie na scenie ot tak, tylko te 4 struny serio wydają dźwięki!). Poza tym, po 3 długich numerach, w tym przypadku czas trwania piosenki skrócił się zaledwie do trochę ponad 3 minut.

Wreszcie mamy ostatni kawałek: „Last Caress/ Green Hill” grupy Misfits. Tu powiewa nam punkowym brzmieniem  (zresztą co się dziwić, przecież to Misfits!), co w połączeniu z pierwiastkiem Metalliki daje naprawdę ciekawy efekt. I tutaj po raz kolejny słychać lekką zmianę wokalną, James brzmi trochę czyściej. Ale z drugiej strony – czy oryginał serio wymagał aż takiego wygładzenia? Czy ta cała „szorstkość” nie miała manifestować swojego rodzaju buntu, a przecież o to chodzi w thrashu?

Myślę, że remastering EPki, która jest w założeniu krótka i w dodatku zawiera same covery, był jak odsmażenie kotleta na nowym oleju. Niespecjalnie brzmi to inaczej, nic jakoś mocno się nie zmieniło. Ale nazwałabym tą poprawioną EPkę „wydaniem dla koneserów”, którzy usłyszą tą różnicę i będą się nią delektować. Dopuszczam jednak to, że cały pic w remasteringu polegał na ładnej reedycji i wydania płyty w tylu limitowanych wersjach. No błagam, kto by nie chciał mieć Metalliki na pomarańczowym winylu?! No chyba tylko ci, którzy nie mieliby gdzie go odtworzyć. Ale umówmy się, że ładne wydanie to tylko bajer, który nie wpływa na treść płyty. A ta, prawdę mówiąc… od 20 lat zmieniła się niewiele.

Komentarze: