Nasza recenzja

..---

Richard Mowatt ukrywający się od przeszło dwudziestu lat pod pseudonimem Solarstone, jest jednym z tych DJ-ów, którzy potrafili na przestrzeni lat stworzyć swój charakterystyczny, oryginalny styl. Brytyjski muzyk jest jedną z legend trance – z ogromną konsekwencją sięga do korzeni gatunku, nie kombinując zbytnio przy swoich kompozycjach, a jednocześnie pokazując, że trance w najczystszej i najprostszej postaci nadal może się podobać szerokiemu gronu odbiorców.

Ubiegłoroczny krążek zatytułowany „.----”, który w alfabecie Morse’a oznacza najzwyczajniej na świecie „1”, był pierwszą częścią trylogii jaką DJ przygotował dla swoich fanów. Druga część „..---” została wydana po rocznej przerwie i bez wątpienia jest bardzo spójną kontynuacja ubiegłorocznego wydawnictwa.

Dzisiejszą muzyczną podróż rozpoczynamy dosyć subtelnie za sprawą nastrojowych, lecz smutnych dźwięków klawiszy, jednak już po kilkunastu sekundach do gry wchodzą energiczne bity – otrzymujemy w ten sposób bardzo słoneczny, instrumentalny utwór idealnie nadający się na wakacyjne eskapady („Midsummer Nights”). W dalszej części przechodzimy do pierwszego wokalnego, jednak mocno bezbarwnego, nie wnoszącego do całości zbyt wielu pozytywnych emocji utworu „Shards”.  Zapomnijmy jednak o drobnych potknięciach, gdyż koleje numery wywarły już na mnie bardzo dobre wrażenie. Innowacyjne, pachnące nowością, nieszablonowe i przede wszystkim dające po raz pierwszy świetny efekt zaskoczenia „Thank You” i „Shield PT. II” przedzielone są  bardzo szybkim i imprezowym “I Want You Here”, w którym ciekawie brzmi także wokal schowany gdzieś w oddali, za elektroniczną ścianą dźwięku. Po otrzymaniu kolejnej kompozycji, mogę już z czystym sumieniem przyznać, że krążek jest sporą przeplatanką, w której naprawdę świetne numery pomieszane są z utworami zbyt banalnymi, jak na klasę Solarstone – w „This Is Where It Starts” nie brzmi praktycznie nic, od rażącego w uszy wokalu, aż po czułostkowy, momentami wręcz zabawny (w złym tego słowa znaczeniu) podkład… Czym prędzej przejdźmy więc do kolejnej propozycji. W szaleńczą podróż zabierze nas żywiołowy „Motif”, który od samego początku buduje duże zainteresowanie i pędząc swoim bogatym instrumentarium nie daje chwili wytchnienia, natomiast kończący wydawnictwo przewidywalny, lecz przyprawiony całkiem ciekawymi dźwiękami „Without You” podobać może się w szczególności w momentach, gdy nie słyszmy mocno nijakiego wokalu Meredith Call.

Solarstone nadal kroczy wytyczoną przez siebie ścieżką, nie myśląc nawet przez chwilę o tym, by zboczyć ze swojego kursu. Na pewno trzeba docenić pasję i konsekwencję muzyka, a także poziom tych kilku utworów o których wspomniałem powyżej, jednak gdzieś z tyłu głowy (być może głównie za sprawą tak chybionych numerów, jak „This Is Where It Starts”) może się rodzić pytanie, dotyczące tego, czy pewna formuła Solarstone nie zbliża się ku końcowi i czy właśnie nie będzie potrzebny delikatny skręt, by w końcu w bardziej odważny sposób zaskoczyć słuchaczy.

Lista utworów
1. Midsummer Nights
2. Shards
3. Thank You
4. I Want You Here
5. Shield PT. II
6. This Is Where It Starts
7. Motif
8. Without You

Komentarze: