Nasza recenzja

Raise Vibration

Lenny Kravitz zawsze należał do grona artystów kojarzących się z hasłem „Peace & Love”. Niedługo miną równo trzy dekady, odkąd przedstawił się światu debiutanckim krążkiem „Let Love Rule”,  i przez ten czas ani na chwilę nie zrezygnował w swych tekstach z wychwalania pokoju, miłości i zrozumienia. Ponieważ jednak Kravitz nie należy do osób ślepych i głuchych na to, co się wokół nich dzieje, na swym najnowszym albumie, „Raise Vibration” stałą mieszankę pozytywnych emocji doprawił większą niż kiedykolwiek porcją protestu i oporu.

Jeśli jest coś, co może przynieść nam chociaż chwilowe ukojenie od codziennych problemów, to na pewno jest to muzyka. Z tego założenia wyszedł zapewne Lenny, próbując przekuć negatywne emocje w coś dobrego. Trzeba przyznać, że współczesny świat dostarczył mu sporo tematów do poruszenia w nowych piosenkach. W efekcie, przynajmniej kilka utworów z „Raise Vibration” mogłoby spokojnie pełnić rolę hymnów ruchu oporu przeciw teraźniejszej światowej polityce. Oczywiście, da się wyczuć, że na celownik bierze przede wszystkim Donalda Trumpa, i nie ma co się temu dziwić, bo przecież sam patrzy na świat z amerykańskiej perspektywy – jednak jego teksty są na tyle uniwersalne, że powinny trafić także do serc słuchaczy z innych części świata. Kravitz wzywa do zjednoczenia („We Can Get It All Together”) i odważnego stawiania czoło społecznym problemom (tytułowa „Raise Vibration”), starając się obudzić w słuchaczach chęć zmieniania świata. Więcej kontrowersji wzbudzają wszakże dwa inne utwory: utrzymany w psychodelicznym, nieco przypominającym twórczość Prince’a klimacie, oskarżycielski „Who Really Are The Monsters?” („The war won’t stop as long as we keep dropping bombs…”), a także powoli rozkręcający się i trwający niemal 8 minut „It’s Enough”, w którym Lenny otwarcie wyraża sprzeciw wobec zepsuciu, niesprawiedliwości, chciwości i morderstwom.

W nieco inny ton uderza z kolei piosenka „Here To Love”. To poruszająca, fortepianowa ballada, w której śpiewający ponurym głosem Lenny przywołuje ludzkość do odrzucenia podziałów i uprzedzeń. Kravitz wzywa do działania i autorefleksji na temat przyczyn światowych bolączek i sposobów ich powstrzymania – jednocześnie pozostawiając bez odpowiedzi ważkie pytanie, czy jesteśmy w stanie wyciągnąć jakiekolwiek wnioski z własnej przeszłości.

Nie samą polityką jednak człowiek żyje – i nie inaczej jest również w przypadku Lenny’ego Kravitza. Jeśli jednak nie polityką – to czym? Oczywiście, że miłością! Piosenki dotykające tematyki relacji damsko-męskich były zawsze firmowym znakiem tego artysty – nic zatem dziwnego, że również na „Raise Vibration” ich nie brakuje. Chyba każdy już słyszał kipiący emocjami przebój „Low”, którego funkowe brzmienie przypomina nieco wczesną twórczość płyt Michaela Jacksona. Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę, że Jackson pojawia się w tej piosence – ten charakterystyczny, wysoki zaśpiew, który da się usłyszeć pod koniec refrenu, to w istocie głos samego Króla Popu! Lenny i Michael współpracowali przy kilku piosenkach, więc rodzina tego drugiego zgodziła się, by i teraz, pośmiertnie, pojawił się on na krążku swojego dawnego przyjaciela.

Równie mocny ślad, jak pulsujący mocnym beatem „Low”, pozostawia w umyśle słuchacza ballada „Johnny Cash”. „Just hold me like Johnny Cash when I lost my mother […], just hold me tight for the rest of my life” – i jak tu powstrzymać wzruszenie, słysząc takie słowa? Nie da się! Jeśli miałbym coś temu utworowi zarzucić – to chyba tylko zgrzytliwe intro, które brzmi jakby Lenny właśnie usiłował dostroić swą gitarę, i utrzymane w podobnym klimacie, nieco zbyt długie outro. Za to środek jest jak nadzienie najlepszej w świecie muffinki, którą chce się smakować powoli i rozpływać nad nią z zachwytu.

Z kolei „5 More Days 'Til Summer” i „Ride” wprawdzie trudno nazwać utworami rewolucyjnymi, a jednak jest w nich coś, co sprawia, że chcesz rzucić wszystko i udać się w daleką podróż. Jeśli ten pierwszy może niektórym wydać się piosenką idealnie (ktoś mógłby rzec, że na siłę…) skrojoną do radia, to ten drugi należy raczej do tej grupy kawałków, które zrazu wydają się niepozorne, by w pewnym momencie przeobrazić się w pozycję, na którą czeka się coraz bardziej przy każdym kolejnym odtworzeniu krążka. „Ride” to piosenka, przy dźwiękach której ma się ochotę chwycić swoją drugą połówkę za rękę, pobiec na plażę i spacerować brzegiem morza do białego rana. „I have loved you since the dawn my love, through the storm my love we will ride…”. Niby nic niezwykłego – a jednak chwyta za serce… i nie chce puścić!

We wszystkich wymienionych powyżej utworach trudno doszukać się słabych punktów – a jeśli nawet się one pojawiają (jak w piosence „Johnny Cash”) to jednak nie przesłaniają one zalet. Inaczej jest z trzema kawałkami, które uzupełniają tracklistę „Raise Vibration”: „The Majesty Of Love”, „Gold Dust” i „I’ll Always Be Inside Your Soul”. Wprawdzie w każdym z nich da się doszukać czegoś, co może się podobać (popisy trębacza w funkowym „The Majesty Of Love”, leniwe solo w „Gold Dust” czy romantyczny, pościelowy klimat „I’ll Always Be Inside Your Soul”), jednak w ogólnym rozrachunku wypadają dość przeciętnie. Ot, typowo Kravitzowe kawałki, jednak bez wielkiego błysku i jakichkolwiek widoków na zawojowanie list przebojów. Czy przeszkadzają w odbiorze albumu? Nie – jednak śmiem twierdzić, że gdyby ich zabrakło, to ten krążek wiele by nie stracił.

Nawet z tymi trzema zapchajdziurami „Raise Vibration” to jednak wciąż świetny album. Serwowana przez Lenny’ego muzyczna mieszanka, w której rock, funk i soul stanowią podstawowe, acz nie wyłączne składniki, wciąż smakuje tak samo dobrze, jak w 1989 roku – a może nawet i lepiej? W końcu Kravitz przez te wszystkie lata rozwinął się jako muzyk, autor tekstów i producent – a przecież w każdą z tych ról wcielił się przy tworzeniu tego krążka. Mało tego: większość partii instrumentalnych nagrał sam, korzystając jedynie z pomocy swojego długoletniego sidemana – gitarzysty Craiga Rossa, klawiszowca Davida Barona oraz, w pojedynczych fragmentach, skrzypków i trębaczy. Lenny chyba wziął sobie za cel stanie się żywym wcieleniem określenia „człowiek-orkiestra” – i może właśnie dlatego jego albumy pod względem produkcyjnym brzmią tak znakomicie? Przede wszystkim, czuć w nich, że nie są tylko kolejnym, nastawionym na przyniesienie krociowych zysków wytworem muzycznego przemysłu, lecz efektem pracy żywego, mającego coś do powiedzenia artysty. W czasach, gdy nagrywanie płyty ma zwykle więcej wspólnego z próbą wstrzelenia się w gusta słuchaczy, niż z faktyczną chęcią wyrażenia samego siebie, Lenny Kravitz wciąż potrafi usiąść z instrumentem w rękach i po prostu grać, wkładając w to całe swe serce, duszę i umysł. Nie zawsze wychodzi mu to idealnie – ale czy to, co jest wytworem naszych własnych rąk, zawsze jest w stu procentach doskonałe? Nie sądzę – i tak też jest z „Raise Vibration”. Ten krążek niekoniecznie jest perfekcyjny, nie brak w nim potknięć – ale mimo to, wciąż brzmi fantastycznie, niosąc potężną dawkę pozytywnych emocji w czasach, gdy wszyscy dusimy się w pełnej negatywnych uczuć rzeczywistości. Panie Kravitz: wciąż robisz to dobrze!

Lenny Kravitz – „Raise Vibration”

Premiera: 7 września 2018

Wydawca/dystrybucja: BMG/Warner Music Poland

Tracklista:

  1. We Can Get It All Together
  2. Low
  3. Who Really Are the Monsters?
  4. Raise Vibration
  5. Johnny Cash
  6. Here to Love
  7. It's Enough
  8. 5 More Days 'Til Summer
  9. The Majesty of Love
  10. Gold Dust
  11. Ride
  12. I'll Always Be Inside Your Soul

Komentarze: