Nasza recenzja

LM 5

Z okładek poprzednich albumów brytyjskiego kwartetu spoglądały na nas młode dziewczyny w pstrokatych, kolorowych, nieco kusych ubrankach. Na najnowszym mamy już zmysłowe, subtelnie ubrane młode kobiety. Jednoznaczny sygnał: dojrzałyśmy. I przekłada się to również na zawartość nowego krążka Little Mix.

Ale spokojnie, nie myślcie sobie że zwyciężczynie brytyjskiego X-Factora (grupa wygrała program w 2011 jako pierwszy zespół w historii tego programu) przerzuciły się na jazz czy muzykę symfoniczną. To wciąż pop/r&b z wpływami hip-hopu. Jednak od poprzednich, przebojowych płyt "Glory Days" i "Get Weird", które cechowały się czerpaniem bardziej z dance, synth-popu czy wręcz teen-popu, a same wokalistki nieco szarżowały ze śpiewaniem, to najnowszy "LM5" jest przy swoich poprzedniczkach płytą bardzo... oszczędną.

Co więc tu mamy? Idealne skrojony pod obecne trendy r&b/hip-hop/pop z kilkoma smaczkami. Sztab songwriterów i producentów (znajdziemy wśród nich m.in. Eda Sheerana i Jess Glynne - oboje odpowiedzialni za singiel "Woman Like Me") znalazł wspólny klucz dla wszystkich 14 kawałków: oszczędność brzmienia.  Bity i rytmy są - w porównaniu do wcześniejszych dokonań dziewczyn - bardziej surowe, nie ma mnogości efektów, każdy utwór opiera się na swoim jednym kluczu brzmieniowym. Wystarczy odpalić chociażby "Strip", które w całości leci na rapowaniu wokalistek i jednostajnym clappingu. Podobny patent mamy w "Joan of Arc", albo zaaranżowane na gitarę "Told You So". Wspominałem o smaczkach? Ano, bo mamy tu m.in. naleciałości latino w "Love a Girl Right", wpływy reggae w "Think About Us" i "American Boy", a na dokładkę house w "Wasabi" i "Joan of Arc". Po kilku zaznajomieniach z tym albumem przyszedł mi do głowy wniosek, że jego najgorszym ogniwem okazał się... singiel "Woman Like Me" z wszędobylską ostatnio Nicki Minaj. Bo na albumie są single znacznie lepsze, a nawet bardziej przebojowe. Ja bym do promowania wybierał chociażby wspomniane wcześniej "Joan of Arc" czy "Think About Us".

Z tekstów natomiast leci prosty przekaz pod tytułem "dziewczyny, trzymajmy się razem, bądźmy silne i takie jakie chcemy być". Ktoś pewnie poleci zarzutem "że to teraz taka moda", ja jednak wierzę w autentyczność tych słów. Jeśli tak ma brzmieć popowe "girl power" tego roku, to ja jestem na tak.

Little Mix po siedmiu latach od wygrania X-Factora wydały wreszcie album, którego mogą słuchać również słuchacze starsi od wokalistek. Jest to bezsprzecznie najlepszy album girlsbandu, który - i tu zaryzykuję odważne stwierdzenie - może zrobić karierę na miarę Spice Girls. Czego serdecznie Little Mix życzę.

Komentarze: