Nasza recenzja

Love

Michael Bublé jest już swego rodzaju jazzową marką, a jego głosu nie da się pomylić z nikim innym. Po długiej przerwie, związanej z chorobą syna, współczesny król jazzu wraca z kolejnym albumem. Mimo że artysta ma za sobą trudny czas, nie odwiesił całkiem kariery na kołek (co ostatecznie zdementował jego management) i wrócił z przepięknym albumem „Love”, w którym naprawdę można się zakochać.

Album otwiera piękna ballada „When I Fall In Love”. I trzeba przyznać, że partie orkiestry na tym albumie są absolutnie fenomenalne i nastrojowe. Brzmią jak na starych, winylowych płytach – tylko czyściej. Następnie przechodzimy w klimaty filmowe – jeśli mamy tu fanów starego, amerykańskiego kina i filmu „Dames”, to z pewnością będą oni kojarzyć kawałek „I Only Have Eyes For You”. I chociaż utwór pochodzi z 1934 roku, Bublé nadał mu nowej świeżości, jednocześnie pozostawiając go w klimatach vintage.

Numer trzy na liście to, dla odmiany, autorska kompozycja „Love You Anymore”, która schodzi z klimatu klasycznego jazzu i wchodzi, mimo typowego głosu artysty, w zupełnie nową aranżację. Zaraz potem idziemy we francuską klasykę wszechczasów, czyli „La Vie En Rose”. Co prawda Michael śpiewa po angielsku, ale z językową pomocą przychodzi Cécile McLorin Salvant (która, choć urodzona w Ameryce, ma korzenie francusko-haitańskie). Cécile wnosi dodatkowo do tego utworu cudowny wokal, a sama piosenka jest idealnym soundtrackiem pod romantyczną randkę (a przypominam, że idzie luty, a z nim Walentynki – tak tylko podpowiadam…).

Następnie wracamy po raz kolejny do muzyki filmowej i numeru z musicalu „Babes In Arms”, czyli „My Funny Valentine”. Kawałek jest utrzymany w ryzach jazzowego tanga, więc po raz kolejny płyta odbiega od jednolitości. Ogółem trzeba jeszcze wspomnieć, jak trudno jest zrobić płytę z coverami – z jednej strony, nie można przekombinować coveru pod groźbą zarzutu zabicia oryginału, a z drugiej – zaśpiewanie piosenki 1:1 to właściwie nie cover. Bublé nie wywraca żadnego utworu o 360° – dodaje tylko muzyczne detale, zachowując przy tym cały charakter i istotę utworu. A poza tym, należy pamiętać, że z większością z tych utworów mierzyli się przed nim takie osobistości jak Frank Sinatra, Nat King Cole czy Ella Fitzgerald. Poprzeczka przy takim repertuarze była więc postawiona naprawdę wysoko.

Wracając do „Love”: następny w kolejce jest niezwykle taneczny „Such A Night”, przypominający skoczny jazz wprost z nowoorleańskich barów. Ale nie pozostajemy w tych klimatach długo, bo potem wkracza wzruszający kawałek „Forever Now”, który traktuje o tej najważniejszej ze wszystkich miłości: miłości rodzica do dziecka. Jak łatwo się domylić, ten kawałek Bublé zadedykował swojemu synowi. Nazwałabym ten utwór najbardziej przemyślanym na tym albumie: jest autorska kompozycja, jest pomysł, jest historia – muzycznie też nieźle. Ale, przede wszystkim, jest wzruszająco!

„Help Me Make It Through The Night” to kolejny kawałek, który odbiega od klasyki w stronę... hmm… hiszpańskiego stylu gitar? Znowu pojawia się tu niebiański, kobiecy głos, tym razem należący do Loren Allred. Gładko przechodzimy do nowej wersji bardzo romantycznego „Unforgetable”. Do tego kawałka głos Michaela pasuje jak żaden inny, nie musiał się więc specjalnie wysilać, żeby to miało ręce i nogi. Dwa ostatnie miejsca na liście zajmują odpowiednio „When You’re Smiling” i „Where Or When”. W obu tych przypadkach są to dobre covery, ale nie najwybitniejsze na tej płycie.

Zawsze ciężko mi oceniać płyty z coverami, bo nie ma w nich 100% pracy artysty. Tym bardziej ciężko jest oceniać płyty jazzowe, bo ten gatunek, jeśli chodzi o formę, jest dosyć hermetyczny. Z pewnością jeśli ktoś jest fanem głosu Michaela Bublé, to się nie zawiedzie – na każdej płycie zresztą wypada genialnie. Wielkim plusem albumu „Love” jest to, że jest w miarę różnorodny, ma zmiany tempa i charakteru grania (co z kolei zawiedzie fanów lubiących spójne kompozycje). Mam jednak jakiś mały muzyczny niedosyt, poczucie, że ta płyta – mimo, że bardzo dobra – nie wykorzystała drzemiącego w niej potencjału. Ale rozumiem też, że „Love” miała być terapią dla samego artysty i być może nie była aż tak dopracowana ze względu na życiowy chaos, z którym się musiał mierzyć w ostatnim czasie. Ale, jak już wspominałam – w ogólnym rozrachunku płyta (tak jak i cały dorobek Bublé) wychodzi na plus.

Michael Bublé – „Love”

Premiera: 16 listopada 2018

Tracklista:

1. When I Fall In Love
2. I Only Have Eyes For You
3. Love You Anymore
4. La Vie En Rose (featuring Cécile McLorin Salvant)
5. My Funny Valentine
6. Such A Night
7. Forever Now
8. Help Me Make It Through The Night (featuring Loren Allred)
9. Unforgettable
10. When You’re Smiling
11. Where Or When

Komentarze: