Nasza recenzja

Randka w Ciemność

Historia Nocnego Kochanka to, jakby nie patrzeć, taka trochę współczesna historia metalowego Kopciuszka. Jest sobie mały zespół, który tworzy i gra, ciężko pracuje i oddziela mak od popiołu, coby utrzymać się jakoś na metalowej scenie. A tak serio, to... nie. Pewnego dnia przylatuje dobra wróżka w osobie Bartka Walaszka, wręcza zespołowi przysłowiowe „szklane pantofelki” w postaci kawałków „Andżeju…” i „Minerał Fiutta”, po czym zabiera Nocnego Kopciuszka Kochanka na salony. Szybko okazało się, że zespół w szerszym gronie radzi sobie fantastycznie i bez dobrych wróżek, bo gawiedź nagle wypełniła się uwielbieniem, a grupa od tej pory żyje długo i szczęśliwie, opływając w hajs z koncertów i tantiem i zgarniając najładniejsze fanki.

Tymczasem wszystkim złym siostrom pękły żyły na czole, bo „jak to tak, żeby robić z siebie pajaca, brać za to kasę i jeszcze, żeby to się ludziom podobało?! SKANDAL!”. Więc im bardziej Nocny Kochanek zyskiwał na popularności, tym więcej zarzutów o gównianą twórczość i komentarzy w stylu „nie rozumiem fenomenu tego zespołu” się pojawiało. Ale, jak mawia Taylor Swift, „hejterzy będą hejtować”, a kilkadziesiąt wyprzedanych koncertów nie zrobiło się przez przypadek. Nie mówię oczywiście, że Nocnego Kochanka trzeba kochać bezwarunkowo (i bardzo szanuję ludzi, którzy mają własne zdanie), ale dyskutowanie z ich popularnością i powodami, dla których ludzie ich lubią, jest trochę syzyfową pracą.

I teraz wyobraźcie sobie, że 11 stycznia pięciu umiarkowanie przystojnych panów zaprasza wszystkich fanów na randkę. A dokładniej: na „Randkę w Ciemność”.

„Randka w Ciemność” krąży wokół typowych dla Nocnego Kochanka tematów: trudnej miłości, obcowania płciowego, problemów subkultury metalowej czy uzależnienia od alkoholu. Ale do tematyki utworów wrócimy zaraz, bo (na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył) poza tekstami, które słuchacza mają doprowadzić do płaczu ze śmiechu, w tle mamy bardzo dobrą linię melodyczną. I o ile poprzednik, czyli „Zdrajcy Metalu” był utrzymany w dosyć „kochankowym” stylu grania, tak tutaj brzmienie rozjeżdża się niczym nogi Andrzeli w szpilkach na oblodzonym chodniku.

Pierwsze cztery kawałki kawałki są utrzymane w tonie tradycyjnego „hejwi metalu”, a partie gitarowe są tak genialne, że powodują nagłe przykurcze mięśni. Płyta zaczyna się od pięknego, gitarowego intro w prawie-tytułowej „Randce w Ciemno”, chociaż po chwili pałkę (nomen omen) przejmuje perkusja i lecimy z radosnym potupaniem nóżką. Drugi na liście „Dr O. Ngal” był już grany wcześniej, więc teraz gawiedź ma okazję porównać wersję koncertową z tą z płyty. Sam utwór traktuje o specyficznym lekarzu (Doktor Olgierd Ngal, rozszyfrowując tytuł) i jego jakże oryginalnych metodach leczenia. Następny „Al Dente” jest kawałkiem seksualno-kulinarnym. To również najbardziej rockowy ze wszystkich metalowych kawałków na tej płycie, ale ma w sobie i romantyczny klimat, i swoistą… pocieszność. A solo w środku zatrzymuje akcję serca na dobre 40 sekund. Póki co – najlepszy kawałek (ale do czasu…!). Numer czwarty, „Pijany Mistrz”, brzmi trochę jak wydarty z poprzedniej płyty, ale w dalszym ciągu przyjemnie się tego słucha. Same kompozycje nie są proste, jest miejsce na solówki, perkusja też pięknie chodzi – mam nadzieję, że na następnej płycie możemy liczyć też na jakieś 20 sekund samego basu, żeby się Artur nie czuł zostawiony z tyłu. Generalnie pierwsza czwórka to, mówiąc krótko, numery z serii: „nie spodziewałem się niczego – a i tak to nic mnie nie zawiodło”.

I w tym momencie wchodzi kawałek piąty, czyli „Koń Na Białym Rycerzu”. To jest ta chwila, kiedy słuchacz biegnie do odtwarzacza, bo myśli, że mu się płyta przełączyła na reklamę w radiu. Jako że tekst traktuje o mitycznej postaci, muzyka też musi się w taki klimat wpasować. I tu, UWAGA, na płycie Nocnego Kochanka wjeżdżają KLAWESYN i FLET. Tu nie ma nawet co komentować, tego trzeba posłuchać! Swoją drogą, na prapremierze płyty pojawiły się głosy publiki, jaki instrument powinien zagościć na następnym albumie i z pewnością wywoła to lawinę propozycji, żądań od fanów i postawi Kochanków przed nie lada wyzwaniem. Osobiście proponuję waltornię i burczybas.

Pierwsze dźwięki następnego numeru, „Tirowiec”, skojarzyły mi się trochę z „Wielkim Wojownikiem”. Znowu pojawia się tu postać mistycznego Andżeja, który być może kiedyś powie komuś, jak ma na imię – ale tymczasem zdradził nam swój zawód! Gitary znowu wbijają w fotel, chociaż wciąż pozostajemy w dosyć tradycyjnym brzmieniu.

Zaraz potem kolejne zaskoczenie – fortepianowa ballada! „Andrzela” na kilometr zajeżdża Queen albo Scorpionsami. Wreszcie Krzysiek skradł cały kawałek dla siebie – i już nie wyprę z umysłu skojarzenia ze sceną z filmu „Psy”, gdzie chłopak pod domem dziecka wrzeszczy „Andżelaaa, Andżelaaa!”. Gdyby nie prześmiewczy jak zwykle tekst, to gwarantuję, że publika lałaby łzy wiadrami. Chociaż… kto wie – poczekajmy do wykonania na żywo, może jeszcze będą płakać?

Wewnętrzny demon wyłazi z chłopaków w „Czarnej Czerni” – ale w sumie taki był zamysł. Krzysztof deklaruje tam miłość do największego szatana w Polsce we fragmencie: „Nie jestem gejem, a śnię o Nergalu”. Tylko co na to jego dziewczyna? Nie wiem też, czy popularność tego kawałka nie wynika z teledysku, w którym to mamy przyjemność oglądać Pana z reklam Plusa, Ryszarda z Klanu, Ludwika Boskiego i… kozę. Parafrazując słowa króla Théodena z „Władcy Pierścieni”: „Gdzie było Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, gdy Nocny Kochanek kręcił teledysk?!”.

W „Wódżitsu” dalej jest ciężko – tylko szybciej. Znowu wracamy do problemów z alkoholem, bo ostatni raz ten temat pojawił się aż pięć numerów temu. To kolejny utwór, którego całkiem przyjemnie się słucha. Potem urocze akustyczne intro otwiera kawałek „Siłacze”, najkrótszy na tej płycie, który w gruncie rzeczy może robić za coś w rodzaju przejścia między „Wódżitsu” a „Mistrz Przerósł Ucznia”. Pieśń ma na celu pochwałę męskiej postury kipiącej testosteronem, nawiązując do imidżu zespołu Manowar z lat 80-tych, który w czasach obecnych służy tylko jako źródło memów. Jako przerywnik jest OK, jako cały utwór… hmmm…

I tak oto docieramy do ostatniego numeru – wspomnianego wyżej „Mistrz Przerósł Ucznia”. Znowu zaczyna się z wysokiego „C”, niezłą gitarową solówką. I znowu: słucham wokalu, mam deja vu – gdzieś to już było! Czy wam się wokal nie kojarzy trochę z „Al Dente”? Czy to tylko ja? Zakończenie nie jest więc zbyt odkrywcze, choć i tak całkiem przyjemne – i to nie tylko dlatego, że kawałek traktuje o seksie.

Ja „Randkę w Ciemność” oceniam na bardzo duży plus. O ile do Krzysiowego wokalu zdążyliśmy się już przyzwyczaić, tak sekcja instrumentalna na tej płycie „poleeeeeciałaaaaa na grubo”, jak mawia młodzież. Solówki to czysty majstersztyk i mam wrażenie, że jest to najbardziej świadomy muzycznie album zespołu. Tym razem ktoś naprawdę postarał się, żeby motyw muzyczny nie został przygnieciony przez jajcarski tekst i żeby te riffy też chociaż trochę weszły w mózgi słuchaczy. Nawet Żurek dostał swoją podwójną stopę, żeby na perkusji coś się działo! Co do tekstów... jak ktoś nie był fanem humoru Nocnego Kochanka już wcześniej – nie będzie i teraz. Wielu mogłoby zapytać: gdzie jest granica śmieszności żartu? Jeśli zespół miałby się zastanawiać, czy teksty aby na pewno będą śmieszne i czy publika je zrozumie, to by ze studia nie wyszli przynajmniej przez jakieś dwa lata. A oni mieli w dupie przesadne filozofowanie – kto będzie miał się śmiać, ten będzie! Warstwa liryczna ma być prosta, bo limit tekstów o nieszczęściu i zagładzie wykorzystały już inne zespoły metalowe. Najogólniej rzecz ujmując: myślę, że dużo ludzi polubi tą płytę, podkręcając popularność Kochanków i dzięki temu zyskają oni jeszcze większe grono… zarówno fanów, jak i hejterów.

Nie wspomniałam wcześniej, że zespół kontynuuje współpracę z Adlerem, który został ich nadwornym grafikiem i kolejna okładka jest utrzymana w konwencji poprzednich, dzięki czemu czuć tutaj ciągłość spuścizny. A Pan Adler to bardzo zdolny grafik, więc brawa dla niego!

Jeśli ktoś liczył na poważną recenzję tej płyty to... niech ją kupi i sam takową napisze! Czy serio ktoś pomyślał, że kawałek o „koniu, co tam rży, czy też rżnie” czy inne teksty tego pokroju da się zrecenzować na poważnie? Wszyscy wiedzą, że Nocny Kochanek robi to wszystko na serio i nie wolno się z tego śmiać – ale ja w tej materii niestety poległam, i ta recenzja wygląda, jak wygląda.

Jeszcze bardziej obiektywna recenzja nastąpi, gdy zapuszczę tą płytę w aucie, bo wszyscy wiedzą, że walory słuchowe płyt najlepiej ocenia się po tym, jak brzmią na długich trasach.

Jak tylko to auto odkopię spod śniegu…

***

Nocny Kochanek – „Randka w Ciemność”

Premiera: 11 stycznia 2019

Tracklista:
1. Randka w Ciemno
2. Dr O. Ngal
3. Al Dente
4. Pijany Mistrz
5. Koń Na Białym Rycerzu
6. Tirowiec
7. Andrzela
8. Czarna Czerń
9. Wódżitsu
10. Siłacze
11. Mistrz Przerósł Ucznia

Komentarze:

Zobacz również: