Nasza recenzja

Look At Me

Jest druga połowa lat 80-tych XX wieku. Zespoły glam metalowe wyrastają jak grzyby po deszczu, a ich twórczość święci triumfy na listach przebojów całego świata… Całego? Nie! Jeden, jedyny kraj w samym środku Europy, zamieszkały przez nieugiętych Lechitów, wciąż stawia opór inwazji glam metalu, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł utalentowanym muzykom inspirującym się dokonaniami takich gwiazd, jak Bon Jovi, Twisted Sister, Def Leppard czy Mötley Crüe…

Zapachniało Asterixem? I prawidłowo! Gdyby bowiem ktoś chciał napisać historię glam metalu w Polsce, parafraza wstępu do przygód najsławniejszego ze starożytnych Galów wystarczyłaby w zasadzie za całą opowieść. OK – można by dodać parę słów o takich kapelach, jak Syndia, Vincent, Lessdress i Fatum, wspomnieć, że mocno o glam się ocierała również wczesna IRA, i to by było w zasadzie wszystko. Te kilka zespołów można by jednak przyrównać do grupki pijanych Rzymian, którzy cichaczem przemknęli się przez bramy wioski Asterixa i spędzili w niej noc – przez chwilę bawiąc skorych do śmiechu Galów, którzy jednak prędko pokazali im, gdzie jest wyjście. Pogrążona w trudnej społeczno-politycznej rzeczywistości Polska po prostu nie była dobrym miejscem dla praktykowania radosnej w swym założeniu odmiany metalu. A gdy wreszcie nadciągnął „wiatr zmian”, który pozwolił pokoleniu naszych rodziców wreszcie cieszyć się życiem – to akurat glam zaczął się zwijać z list przebojów, ustępując miejsca bardziej surowym, grunge’owym brzmieniom.

W ostatnich latach moda na glamowe stylizacje zaczyna jednak wracać do łask. Szczególny renesans gatunek przeżywa w Skandynawii, gdzie pojawiło się kilka ciekawych zespołów (Eclipse, H.E.A.T czy Reckless Love) – ale i w innych krajach nie brak grup nawiązujących w swej twórczości do rocka i metalu z lat 80-tych. Kilka interesujących kapel znajdziemy dziś również w Polsce – od kilku lat nieźle radzą sobie choćby wrocławski Nästy Crüe i strzyżowski Steel Velvet. Teraz dołączyła do nich kolejna ciekawa formacja – pochodzący z Trójmiasta kwintet Lady Killer, który pod koniec 2018 roku wydał swój debiutancki krążek, zatytułowany „Look At Me”.

Jak to często z pierwszymi płytami bywa, także i w przypadku debiutu Lady Killer mamy do czynienia z dość krótkim materiałem. Pod względem długości „Look At Me” jest czymś pomiędzy EP-ką a pełnym albumem – to ledwo 8 kawałków trwających w sumie niewiele ponad pół godziny. Może to i lepiej – dostajemy skromny, za to konkretny zestaw fajnych utworów bez niepotrzebnych dłużyzn.

Zaczyna się od dwóch mocno buntowniczych kawałków – „We Don’t Need Your Law” i „I’m In The Jail” (ciekawe, czy dobór kolejności tych tytułów był celowy – bo dla mnie wygląda to tak, jakby drugi był logiczną konsekwencją pierwszego…). W obu tych utworach słychać mocne inspiracje starym, dobrym Twisted Sister – ależ leż fajnie hulają tu gitarki!

Następny w kolejce jest tytułowy „Look At Me”. Przyznam szczerze – ten kawałek wywołuje we mnie mieszane uczucia. Dzieje się w nim zbyt dużo: złamanie tempa nie do końca pasującą do reszty wstawką miało zapewne w założeniu uczynić tę piosenkę bardziej interesującą, a sprawiło, że stała się po prostu przekombinowana. A szkoda, bo zalatujący wczesnym Skid Row początek utworu zwiastował coś naprawdę dobrego.

Później przychodzi czas na dwa spokojniejsze kawałki – „Hard Working Man”, którego druga, pełna dramaturgii część przywodzi na myśl „Breaking The Chains” Dokkena, oraz powoli się rozkręcający z fajnym solo w stylu Slasha. W gunsowym klimacie utrzymany jest zresztą także kolejny kawałek, „Liar”, który w swej dynamice przypomina nieco nieśmiertelny „Nightrain”.

Wraz z siódmym na liście, przyciężkawym „Wroom Wroom” dojeżdżamy do końca zestawu, gdzie czeka na nas akustyczna perełka – „Your Mirrors”. Przyznam szczerze, że to właśnie w takiej stylistyce najwięcej atutów prezentuje wokalista Lady Killer, Wiktor Gabor. O ile we wcześniejszych utworach zdarzyło mu się kilka potknięć (co zrzucić jednak wypada na karb niedoświadczenia, a nie braku umiejętności), to w „Your Mirrors”, w towarzystwie jedynie gitary akustycznej, wypada naprawdę fajnie. Jeszcze trochę treningu i naprawdę może być z niego wokalista, co się zowie – taki w stylu Dona Dokkena! Dobrze byłoby też, gdyby zespół popracował nad zgraniem w momentach, gdy Wiktorowi towarzyszyć mają chórki – bo gdzieniegdzie się to niestety rozłazi (choćby moment przed solówką w „Train Of Love”). Wypada z kolei pochwalić warstwę stricte instrumentalną – solówki są naprawdę miodzio, a i perkusja, za którą odpowiada jedyna w zespole dziewczyna, Ania Tkaczyk, śmiga zacnie w zasadzie od początku do końca tego albumu.

W gruncie rzeczy, jak na debiut, „Look At Me” to całkiem udany krążek. Ma parę niedociągnięć, ale w ogólnym rozrachunku jest szybko, jest dynamicznie, jest radośnie – i o to chyba właśnie chodziło. Całość brzmi trochę jak gotowa setlista dla zespołu supportującego dużą międzynarodową gwiazdę. Z tego, co wiem – nie ustalono jeszcze, kto w lipcu tego roku ma otworzyć koncert Bon Jovi na Stadionie Narodowym. A skoro tak – to chyba mamy tu kapelę, która w tej roli by się całkiem nieźle sprawdziła!

Lady Killer – „Look At Me”

Premiera: 6 listopada 2018

Tracklista:

1. We Don’t Need Your Law
2. I’m In The Jail
3. Look At Me
4. Hard Working Man
5. Train Of Love
6. Liar
7. Wroom Wroom
8. Your Mirrors

Komentarze: