Nasza recenzja

Distance Over Time

W ostatnich latach fani Dream Theater nie mieli zbyt wielu powodów do zadowolenia. Wraz z odejściem jednego z założycieli grupy, perkusisty Mike’a Portnoya, w Teatrze Marzeń coś zaczęło się zacinać. Chociaż na żywo zespół wciąż prezentował się fantastycznie (ach, ten koncert na Woodstocku 2015 oglądany z perspektywy… namiotu!), to jednak każdy kolejny z wydanych po pożegnaniu z charyzmatycznym bębniarzem albumów spotykał się z coraz większą krytyką – zarówno ze strony recenzentów, jak i fanów formacji.

O ile na dwóch pierwszych wydanych bez Portnoya krążkach, „A Dramatic Turn of Events” i „Dream Theater”, dało się jeszcze znaleźć całkiem sporo pozytywów, o tyle już kolejny, wydany w 2016 roku „The Astonishing” kompletnie zespołowi nie wyszedł. 130-minutowy, złożony z aż 34 utworów album koncepcyjny okazał się dziełem tyleż eksperymentalnym, co przekombinowanym i po prostu… przynudnawym. Żeby doszukać się jakichkolwiek interesujących momentów, trzeba było przegrzebać się przez długie, nużące fragmenty brzmień dziwnych nawet jak na zespół prog-metalowy, a zatem z samego swego założenia nieszablonowy. Nawet wieloletni fani Dream Theater byli tak rozczarowani poziomem tego wydawnictwa, że nie tylko nie byli w stanie przebrnąć przez nie w całości, ale nawet niespecjalnie wyczekiwali jego następcy.

Paradoksalnie, porażka „The Astonishing” wyszła muzykom Dream Theater na dobre – zrozumieli bowiem, że lepiej, niż dalsze brnięcie w prowadzące donikąd eksperymenty, przysłuży im się powrót do korzeni zespołu. W tym spostrzeżeniu utwierdziła ich trasa Images, Words & Beyond Tour, w którą wyruszyli dla uczczenia 25 rocznicy premiery  swojego drugiego krążka „Images and Words”, powszechnie uznawanego za kamień milowy w rozwoju metalu progresywnego. Reakcja fanów na to tournée była tak entuzjastyczna, że nie było innego innego wyjścia, niż sięgnięcie do sprawdzonych przed laty brzmień i metod nagrywania. Latem 2018 roku grupa zabunkrowała się na cztery długie miesiące w odludnym Monticello (jakieś 150 kilometrów od Nowego Jorku), by w zaciszu amerykańskiej wsi w przerwach na steki popijane burbonem szykować materiał na swój 14 studyjny album, któremu nadali tytuł „Distance Over Time”.

Cóż zrodziło się z tych nadludzkich wysiłków? Już na pierwszy rzut oka, nawet bez odpalania płyty, da się zauważyć, że „Distance Over Time” to krążek odmienny od swego nieszczęsnego poprzednika. Podczas gdy „The Astonishing”, jak na album studyjny, był wręcz monstrualnie rozwleczony (nie powiecie chyba, że niemal 2,5 godziny eksperymentalnego grania można nazwać muzyczną wersją „śledzika na raz”?), nowy krążek Dream Theater to zaledwie 10 utworów (licząc z bonusowym „Viper King”) trwających niewiele ponad godzinę. Oczywiście, charakterystycznych dla progresywnego grania dłużyzn całkowicie i tak nie dało się uniknąć, ale przynajmniej na odsłuchanie tego albumu od deski do deski nie trzeba poświęcać całego popołudnia.

Krążek otwierają trzy singlowe kompozycje – „Untethered Angel”, „Paralyzed” i „Fall Into The Light”. Pierwszy z nich brzmi jak coś, co moglibyśmy określić jako „klasyczny Dream Theater” – pełne zmian tempa ponad sześć minut ciężkich riffów gitarzysty Johna Petrucciego i basisty Johna Myunga, splecione z organami i syntezatorami Jordana Rudessa i grzmiącymi podwójnymi bębnami następcy Portnoya – Mike'a Manginiego, nad którymi wznosi się nieco przytłumiony wokal Jamesa LaBrie. Jeszcze lepiej wypada „Paralyzed” – podszyty mrokiem, krótki (ledwie nieco ponad czterominutowy) i wypełniony samymi konkretami, wśród których – obok poruszającej solówki Petrucciego – warto zwrócić również uwagę na dyskretną, ale urokliwą linię klawiszy. Z kolei „Fall Into The Light” rozkręca się powoli dość leniwie – najbardziej godna uwagi jest w tym utworze końcówka, w której ponownie, podobnie jak w poprzednim numerze, prym wiodą Petrucci i Rudess.

Środkową część płyty otwiera utwór „Barstool Warrior”, w którym Petrucci serwuje nam gitarową melodię w stylu Joe Satrianiego. Zaraz potem Mangini potężnymi uderzeniami w bębny wprowadza nas w ciężki klimat kawałka „Room 137”, którego pełna drapieżności końcówka przypomina z kolei dokonania Zakka Wylde’a i jego Black Label Society. Z kolei w „S2N”, którego tekst jest lamentem nad stanem ludzkości, warto zwrócić uwagę na dynamiczną linię basu – John Myung wykonuje naprawdę świetną pracę, by nadać temu utworowi głębi.

Siódmym utworem na liście jest „At Wit’s End” – jedyny na tej płycie numer, którego długość zbliża się do 10 minut. Ten monumentalny kawałek poświęcony jest trudnemu tematowi domowej przemocy – i trzeba przyznać, że ta kompozycja w znakomity sposób oddaje nastrój rozpaczy i rozchwiania emocjonalnego, jakie zwykle towarzyszą ofierze nękania. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest za to ballada „Out Of Reach” – poetycki, poruszający kawałek o prawdziwej miłości, który spokojnie mógłby trafić na album Deep Purple, czy nawet… Scorpions lub Europe. Pewnie nie wszystkim fanom Dream Theater się spodoba – ale mi, z racji tego, że lubię wszystkie wymienione zespoły, bardzo przypadł do gustu.

Zamykający regularną tracklistę „Pale Blue Dot” to jeszcze jeden długaśny (8,5-minutowy), szalony utwór, którego tekst oddaje cześć refleksji Carla Sagana na temat znaczenia Ziemi w odniesieniu do ogromu przestrzeni. Jego zawiłe melodie przywodzą na myśl wędrówki Hana Solo i Chewbacki po bezkresnych, międzygwiezdnych przestworzach – chwilami słuchacz może odnieść wrażenie, jakby siedział z najpopularniejszym duetem z „Gwiezdnych wojen” w kokpicie ich „Sokoła Millennium” i wraz z nimi przemierzał niesławny szlak na Kessel. Po tej intergalaktycznej wyprawie przychodzi nam jednak powrócić na Ziemię, by przesłuchać ostatni w całym zestawie bonusowy kawałek „Viper King”. Ten dość odmienny od reszty, hardrockowy numer jest muzycznym hołdem dla Deep Purple z ery, w której w składzie tego zespołu znajdowało się jednocześnie legendarne trio Ian Gillan/Jon Lord/Ritchie Blackmore. Niby to tylko dodatek… ale dobrze się tego słucha! To bodaj najbardziej radiowy utwór na tym albumie i wcale się nie zdziwię, jeśli prędzej czy później usłyszymy go w którejś rozgłośni.

Skoro dobrnęliśmy do końca tracklisty, to wypadałoby zadać sobie jedno istotne pytanie: jaką płytą właściwie jest „Distance Over Time”? Odpowiedź nie jest taka oczywista. Na pewno nie jest to krążek tak znakomity, jak wspomniany wcześniej legendarny „Images and Words” czy równie ceniony przez fanów „Awake” – ale też z całą pewnością nie tak męczący, jak nieszczęsny „The Astonishing”. Jest na „Distance Over Time” trochę potknięć – mimo wszystko, znajdzie się kilka momentów, w których zespół uprawia charakterystyczną dla ostatnich płyt „sztukę dla sztuki”, a poza tym wokal Jamesa momentami brzmi cokolwiek sztucznie (jakby go na etapie produkcji przepuszczono przez autotune'a). Próżno tu też szukać większych innowacji – raczej mamy do czynienia z ponowną eksploracją dobrze znanych muzycznych obszarów. Niby jest zatem trochę wtórnie – ale potrafię zrozumieć, że zespół po prostu chciał pokazać rozczarowanym krążkiem „The Astonishing” fanom, iż wciąż wie, jak trafić w ich gusta. Dream Theater tą płytą pokazuje po prostu, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa – ale to i tak chyba więcej, niż ktokolwiek spodziewałby się po tej formacji po jej niedawnych wyczynach.

Dream Theater – „Distance Over Time”
Wydawca: Inside Out Music/Sony Music
Premiera: 22 lutego 2019

Tracklista:
1. Untethered Angel
2. Paralyzed
3. Fall Into The Light
4. Barstool Warrior
5. Room 137
6. S2N
7. At Wit's End
8. Out Of Reach
9. Pale Blue Dot
10. Viper King (bonus)

Komentarze:

Zobacz również: