Nasza recenzja

The Spire

Po blisko czterech latach od wydania debiutanckiego albumu „The House Of Ink”, pochodzący z Lublina zespół Phedora powraca z nowym krążkiem. Trzeba jednak przyznać, że słowo „powraca” jest w przypadku tej kapeli mało trafione, gdyż muzycy w ostatnich latach prężnie koncertowali, nie dając swoim fanom powodów do jakiegokolwiek narzekania. Energiczne koncerty podczas których współdzielili scenę z takimi zespołami, jak: Coma, TSA, Luxtorpeda, Lao Che, LemON, czy Chemia pokazały, że Phedora to już w pełni dojrzały, pewny swych umiejętności twór, który nie zamierza spoczywać na laurach.

Ale powróćmy do teraźniejszości… tegoroczny album „The Spire” to zestaw aż czternastu premierowych utworów. Alternatywny rock będący główną częścią składową zaprezentowanych kompozycji jest już na tyle dobrze poznany, że ciężku tu mówić o wyłamywaniu jakichkolwiek drzwi. Ale też nie o to powinno chodzić. Krążek wybija się na tle innych wydawnictw czerpiących z podobnych inspiracji za sprawą swojej energiczności i przemyślanej, naturalnej formuły. Panowie brzmią niczym doświadczona kapela mająca za sobą kilkanaście wydanych albumów i setki koncertów na całym świecie. Ogromna ilość gitarowych riffów, wielokrotnie przybierająca rozmiar masywnej ściany dźwięku, a także potężne uderzenia perkusyjne stają się znakiem rozpoznawczym Phedory. Nie zapominajmy także o melodyjnym, lecz momentami zdecydowanie ostrzejszym głosie wokalisty, Łukasza Kaźmierczaka, którego charyzma i sposób śpiewania doskonale wpasowuje się w alternatywne dźwięki prezentowane przez zespół. Sporym urozmaiceniem są wszechobecne smyczki – jest ich faktycznie dosyć sporo, jednak na szczęście nie zostało tutaj nic przedobrzone i wszystkie elementy ocierające się wręcz o symfoniczny klimat są niezwykle wyważone i umieszczone w odpowiednich momentach.

Jest jednak jeden mankament o którym nie sposób nie wspomnieć. Krążek „The Spire” to praktycznie godzina energicznej muzyki, podzielona na aż czternaście utworów – każdy kolejny powoduje, że nasz słuch dosyć szybko przyzwyczaja się do zaprezentowanych dźwięków. Niestety brakuje tutaj elementów zaskoczenia, a przewidywalność jaka pojawia się po przesłuchaniu kilku utworów, będzie odczuwalna do ostatnich sekund trwania albumu.

„The Spire” to bez dwóch zdań wyróżniające się wydawnictwo, które jest godne przesłuchania i usłyszenia podczas koncertowych występów zespołu. Mimo mankamentu o którym wspominałem, zaprezentowanych kompozycji słucha się bardzo przyjemnie, a świetna energia udziela się słuchaczowi na wiele kolejnych godzin. Choć często jestem zdania, że polskie zespoły powinny prezentować swoją twórczość także w ojczystym języku, to w przypadku Phedory nie mam najmniejszych złudzeń, że język Sokratesa jest właściwą drogą, którą muzycy powinni nadal podążać. Moim zdecydowanym faworytem jest kompozycja „Rebuilding The Giant” w której muzycy prezentują całą gamę swoich umiejętności – od zmiennego śpiewu, aż po świetne połączenie ostrych brzmień gitarowych i perkusyjnych z mięsistym basem i symfonicznymi wstawkami. Liczę na to, że przy okazji kolejnego albumu, zespół pokusi się o zdecydowanie odważniejsze zaskoczenie swoich fanów, tak bym już kompletnie nie miał się do czego przyczepić.

Lista utworów
1. Light It Up
2. Cut Me Open
3. Hurt You
4. Made Of Clay
5. The Way Is Shut
6. Worth It
7. Remember Me
8. Rebuilding The Giant
9. Sirens
10. Had It All Wrong
11. Mothfather
12. Hectic
13. The Path Is Clear
14. The Spire

Komentarze: