Nasza recenzja

Stały Niedosyt

Historia warszawskiego zespołu Melancholy Hill nie jest długa. Pod koniec 2015 roku pięcioro młodych ludzi z pasją do muzyki postanowiło spróbować swe doświadczenia przekuć w interesujące dźwięki. W zaledwie kilka miesięcy zgrali się ze sobą na tyle, że już w maju 2016 roku wypuścili swe pierwsze wspólne dzieło w postaci EP-ki „Hello Heaven”.

Debiutanckie wydawnictwo (z którym można się zapoznać TUTAJ) zostało na tyle dobrze przyjęte, że otworzyło przed Melancholy Hill sporo interesujących możliwości: zespół pojawił się w kilku stacjach radiowych, na czele z kultową „Trójką”, a w styczniu 2017 roku dostąpił zaszczytu występu przed Kazikiem Staszewskim i Kwartetem ProForma – i to w nie byle jakim miejscu, bo w legendarnym klubie Stodoła, w którym przed laty próby i pierwsze większe koncerty urządzały choćby takie formacje, jak Perfect, Kult, Maanam czy Oddział Zamknięty. O dziwo, po tak imponującym początku działalności zespół nie poszedł jednak za ciosem i na kolejny po „Hello Heaven” materiał kazali nam czekać długie trzy lata, które poświęcili na zbieranie kolejnych doznań i inspiracji.

Wreszcie, w marcu obecnego roku, fani Melancholy Hill dostali w swe ręce płytę „Stały Niedosyt” – 8 utworów uszytych z doświadczeń zebranych przez członków zespołu przez ostatnie miesiące. Album trudno w sumie nazwać longplayem – trwa niewiele ponad pół godziny i jest zaledwie o 11 minut dłuższa od debiutanckiej EP-ki – ale, jak głosi stare chińskie przysłowie, nie zawsze w życiu najważniejsza jest długość. Płyta jest krótka, ale konkretna – zawarte na niej piosenki, choć toczą się niespiesznym tempem, nie wloką się w nieskończoność.

Od pierwszych sekund otwierającego album kawałka tytułowego, w którym niczym mantra przewija się słowo „melancholia”, zespół wprowadza nas w nastrój refleksji i nostalgii, z którym nie rozstajemy się aż do ostatniej piosenki. Cały krążek utrzymany jest w spokojnej, lekko sennej stylistyce, sytuującej Melancholy Hill gdzieś na pograniczu indie i alternatywnego rocka. W poszczególnych kompozycjach łatwo wyczuć inspiracje płynące z Wielkiej Brytanii – na czele z twórczością Placebo, Radiohead czy The Cure. Nie brakuje jednak także wyraźnych nawiązań do rodzimej sceny – fani takich zespołów, jak Myslovitz, Ørganek czy Wilki z pewnością znajdą tutaj coś dla siebie. Wokalista Michał Oleszczyk momentami śpiewa z manierą przypominającą Briana Molko z Placebo, kiedy indziej brzmi zaś łudząco podobnie do Roberta Gawlińskiego – i to do tego stopnia, że słuchając jedynego anglojęzycznego utworu na tym albumie, „Lost Crowd” (który, notabene, jest przy okazji najbardziej dynamiczną kompozycją na tej płycie), można nabrać wątpliwości, czy aby na pewno lider Wilków ma tylko dwóch synów!

Poza ekspresyjnym wokalem warto zwrócić uwagę również na brzmienie gitary – delikatne, chwilami wręcz dyskretne, ale jednak budujące klimat. Gitarzysta Marcin Przybyłek potrafi sprawnie przejść od niepokojącego, drżącego riffu a’la John Frusciante (jak choćby w piosence „Hala Odlotów”) do bardziej przestrzennych melodii, po których głos Michała płynie niczym surfer po wysokiej fali (jak we wspomnianym wyżej „Lost Crowd”). Obu panom dzielnie sekunduje sekcja rytmiczna, którą tworzą basista Tomasz Posudziejewski i perkusista Jakub Podsiadły. Dodatkowo, w niektórych piosenkach czwórkę panów wsparła jeszcze na altówce Ola Gewald – i w sumie trochę szkoda, że jej potencjał nie został w pełni wykorzystany, bo utwory, w których Oli i jej altówki jest naprawdę dużo („Bramy” i „Wschody”) należą do najlepszych na tej płycie. Śmiem zaryzykować tezę, że to właśnie obecność tego instrumentu stanowi jeden z najbardziej interesujących elementów twórczości Melancholy Hill, nadający kompozycjom, w których jest słyszalny, rzadko spotykanej głębi. Jeśli zatem miałbym coś zasugerować zespołowi na przyszłość, to byłoby to właśnie maksymalne wykorzystanie potencjału, jaki niesie za sobą altówka – bo to właśnie mocniejsze wyeksponowanie jej na kolejnych płytach może sprawić, że Melancholy Hill zostanie zauważony wśród wielu młodych, aspirujących do wielkiej kariery kapel.

Poza samymi kompozycjami, siłą Melancholy Hill są niewątpliwie teksty autorstwa Michała – przemyślane, pełne emocji i przede wszystkim szczere. W przeciwieństwie do EP-ki „Hello Heaven”, na „Stałym Niedosycie” słowa piosenek są napisane po polsku (oczywiście, poza „Lost Crowd”) – i chyba wyszło to zespołowi na dobre, gdyż pełne liryzmu, osobiste przemyślenia autora są dzięki temu czytelniejsze i łatwiej się z nimi utożsamiać. Każda z piosenek pozostawia po sobie ślad w umyśle słuchacza, zmuszając go do refleksji i zadawania sobie pytań – swoją drogą, chyba każdy, kto miał okazję przesłuchać „Stały Niedosyt”, wciąż zastanawia się nad odpowiedzią na to, które niczym echo powtarza się kilkukrotnie na końcu utworu „Koty”: „co się stało z kotami…?”.

Jeśli macie ochotę sięgnąć po „Stały Niedosyt”, to musicie wziąć poprawkę na to, że nie jest to płyta do słuchania w dowolnym momencie. Jak sugeruje sama nazwa zespołu – to krążek, który świetnie sprawdzi się w chwilach melancholii czy zadumy, kiedy chcemy otulić się kocykiem i w milczeniu zanurzyć we własnych myślach, odcinając się od bodźców dochodzących z zewnątrz. Powiem Wam, że przy dźwiękach tej płyty wychodzi to nawet lepiej, niż się spodziewałem…

Melancholy Hill – „Stały Niedosyt”
Premiera: 8 marca 2019 r.

Tracklista:
1. Stały Niedosyt
2. Hala odlotów
3. Lost Crowd
4. Momenty
5. Dym
6. Koty
7. Bramy
8. Wschody

-> TUTAJ odsłuchać można cały album w serwisie Spotify <-

Komentarze: