Nasza recenzja

My Songs

Jeśli należysz do tych artystów lub jesteś członkiem jednego z tych zespołów, których hity tygodniami okupują listy przebojów – nie ma siły: prędzej czy później zaświta ci w głowie pomysł, by choć część z tych przebojów wydać raz jeszcze w nowych wersjach i ponownie zarobić na nich niezłą kasę. Pal sześć, jeśli wyjdzie ci to tak dobrze, jak choćby Scorpionsom z ich genialną symfoniczną płytą „Moment of Glory”, Bon Jovi z pełnym zaskakujących aranżacji „This Left Feels Right”, czy wpisuje się w intymny, akustyczny klimat wykreowany przez spore grono znakomitych artystów w ramach serii wydawnictw „MTV Unplugged”.

Gorzej, jeśli twoje przeboje zna w zasadzie każdy, sprzedałeś w życiu ponad 350 milionów egzemplarzy swoich płyt, jesteś 17-krotnym zdobywcą nagrody Grammy i w sumie uchodzisz za jednego z najbardziej pomysłowych muzyków w dziejach – a jednak wydajesz taki krążek, kompletnie nie mając na niego pomysłu. Właśnie to spotkało Stinga, który w ostatnich latach potrafił napisać świetny musical („The Last Ship”), następnie nagrać całkiem nieźle przyjęty, pierwszy regularny album po 13 latach przerwy („57th & 9th”) i zadziwiająco dobry, luzacki materiał do spółki z wywodzącym się z zupełnie innej muzycznej planety Shaggy’m („44/876”) – a teraz wziął się za przegląd swej bogatej dyskografii, mając w głowie jedynie bardzo mglistą koncepcję, by nadać im bardziej „współczesne brzmienie” a następnie za ich pomocą „opowiedzieć swoje życie”.

„Nieustannie coś przy nich dłubię […]. Czasem utwory są identyfikowane dzięki technologii, która towarzyszyła ich powstawaniu – studyjne techniki, brzmienie klawiszy i bębnów. To one postarzają te kompozycje, dlatego chcieliśmy je uwspółcześnić” – starał się Sting wyjaśnić ideę powstania krążka „My Songs” w zapowiedziach jego premiery, zupełnie jakby bał się, że dla pokolenia obecnych dwudziestokilkulatków lekko vintage’owe, surowe brzmienie z późnych lat siedemdziesiątych jest już nieprzyswajalne i musi zostać wygładzone. – „Niektóre z nich zostały zrekonstruowane, niektóre z nich odświeżone, niektóre z nich poddane przeformułowaniu – a wszystko to zostało zrobione tak, by oddać moje obecne spojrzenie na ten materiał”.

Co wyszło z tych szumnych (i do pewnego stopnia niepokojących) deklaracji? Szczerze mówiąc: NIC SPECJALNEGO. Spośród wszystkich 15 utworów tylko w kilku da się zauważyć jakiekolwiek różnice w stosunku do pierwotnych wersji. W większości przypadków ogranicza się to do bardzo subtelnych zmian: wyciszeniu jednego czy drugiego instrumentu, dodaniu jakiegoś ledwo słyszalnego bitu, innego zaakcentowania słowa czy dwóch – i to by było w zasadzie na tyle. Jedynie „If You Love Somebody Set Them Free” znacząco różni się od oryginału – jednak w tym przypadku lepiej byłoby, gdyby jednak brzmienie było bliższe oryginałowi, bo dyskotekowa wersja z „My Songs” brzmi po prostu słabo – zupełnie tak, jakby Sting na imprezie podsłuchał rozmowę, w której pada stwierdzenie, że są piosenki, których nie da się zepsuć, po czym zaczepił autora tych słów, mówiąc: Potrzymaj mi piwo. Wprawdzie to jedyna piosenka w całym zestawie, która brzmi w „nowej” wersji naprawdę źle – jednak w pozostałych nie znajduję żadnej interesującej muzycznej nowinki, która uzasadniałaby ich nagranie na nowo.

Mam dziwne wrażenie, że cele wydania „My Songs” były jednak w mniejszym stopniu artystyczne, niż marketingowe – chodziło zapewne o jeszcze mocniejsze, niż dotąd, ugruntowanie wśród słuchaczy (szczególnie tych młodszych) przeświadczenia, że piosenki nagrane pierwotnie przez Stinga z The Police (a jest ich w tym zestawie aż 7!) to właśnie, nomen omen, JEGO piosenki. Sprytne – ale czy naprawdę potrzebne? Dla przeciętnego słuchacza rozróżnienie między Stingiem i The Police praktycznie nie istnieje – to w końcu on był twarzą i głosem tego zespołu, a po jego rozpadzie jako jedyny z jego członków utrzymał się w muzycznym mainstreamie i pozostaje jego częścią do dziś. Jeśli mimo niewątpliwego statusu supergwiazdy poczuł się wśród zdolnej muzycznej młodzieży na tyle niepewnie, że postanowił raz jeszcze pokazać, jak świetnym jest twórcą – to chyba wybrał zły sposób, by raz jeszcze udowodnić swą wartość. Zdecydowanie korzystniej dla Stinga byłoby, gdyby wykrzesał z siebie trochę więcej wysiłku i spróbował nawiązać do swych największych przebojów w najlepszy możliwy sposób – po prostu, pisząc kolejne, napisane od podstaw w taki sposób, by trafiły do serc współczesnych słuchaczy. Jako próba dostosowania się do gustów młodzieży recykling starych hitów jest pozbawiony sensu – piosenki, które wydał dwadzieścia lub trzydzieści lat temu, nadal są dostępne na wszystkich możliwych nośnikach i wbrew temu, co zdaje się sądzić Sting, wciąż brzmią tak samo dobrze, jak w dniu premiery. Wierni fani Stinga nadal kochają te utwory, niezależnie od tego, jaka jest dekada. Ci zaś, którzy dopiero zapoznają się z jego twórczością, mogą wprawdzie z początku potraktować „My Songs” jako całkiem ciekawy the best of, jednak potem zapewne poczują się tą płytą nieco rozczarowani, gdy sięgną po oryginalne wersje. Oj, Gordon – nie tędy droga, by przypominać nam, jak świetnym twórcą piosenek jesteś, serwując na stół odgrzewane kotlety. Czekamy na świeże dania!

Sting – „My Songs”
Wydawca: Interscope
Premiera: 24 maja 2019

Tracklista:

1. Brand New Day
2. Desert Rose
3. If You Love Somebody Set Them Free
4. Every Breath You Take
5. Demolition Man
6. Can't Stand Losing You
7. Fields of Gold
8. So Lonely
9. Shape of My Heart
10. Message in a Bottle
11. Fragile
12. Walking on the Moon
13. Englishman In New York
14. If I Ever Lose My Faith in You
15. Roxanne (Live)

BONUS (wersja deluxe):

16. Synchronicity II (Live)
17. Nest To You (Live)
18. Spirits In The Material World (Live)
19. Fragile (Live)

Komentarze:

Zobacz również: