Nasza recenzja

Madame X

Madonna w XXI wieku to kobieta stale poszukująca swojego miejsca w dzisiejszym biznesie muzycznym. Przez ostatnią dekadę te poszukiwania przybierały różne formy i skutki. Tym razem zaprowadziły Królową Pop w krainę muzyki latynoskiej i portugalskiego fado, co nie oznacza że Madonna porzuciła disco i muzykę taneczną. Co w konsekwencji składa się na dziwaczny mariaż jakim jest "Madame X".

Na potrzeby nowego albumu Królowa Pop wymyśliła sobie alter-ego: Madame X, "tajną agentkę przemierzającą świat, zmieniającą tożsamość, walczącą o wolność". Słychać tę walkę Madonny w poszczególnych tekstach - "God Control" na temat dostępu do broni w USA, "I Rise" i "Killers Who We Are Partying" jako gesty solidarności ze wszelakimi uciśnionymi, podobny wydźwięk mają też "Batuka" i "Dark Ballet". Reszta to sztandarowe tematy muzyki pop - miłość, pożądania, zabawa. Nie brak też - typowych dla Madonny - pytań o sens życia, również w kierunku Boga.

Za to muzycznie dzieje bardzo dużo - aż za bardzo. Madonna po przeprowadzce do Lizbony obiecała nam latino i Portugalię. Słowa dotrzymała połowicznie. Pewnie, singlowy "Medellin" aż kipi tym klimatem, również dzięki udziałowi Malumy (który udziela się na albumie jeszcze w "Bitch I'm Loca", które przemilczę), ale wtedy miało się wrażenie grania na sukcesie "Despacito", kiedy wszyscy oczekiwali bardziej Rosalii. Na szczęście, pełnokrwistą Portugalię słychać chociażby w "Crazy", gdzie pełno tradycyjnych gitar, perkusji, harmonijek i swoistego vibe'u. Podobnie również w "Come Alive" i "Extreme Occident" inspirowane flamenco oraz w "Batuka" gdzie słychać również Afrykę. Podobny feeling da się wyczuć też w "Looking For Mercy", chociaż tam już przeważają mocne loopy niż żywe instrumenty. Królowa Pop w takim wydaniu brzmi niezwykle odświeżająco po mękach z hip-hopem i elektroniką na "Hard Candy i "MDNA".

Reszta albumu to zdecydowanie inne rejony muzyczne. Wystarczy wspomnieć chociażby "Dark Ballet", które w stylu "Bohemian Rhapsody" po półtorej minucie z drum'n'bassowej ballady przechodzi w samplowanie "Dziadka do orzechów" Czajkowskiego. Doceniam takie eksperymenty, ale tutaj coś zaszło już za daleko. Inne zabiegi mamy w "God Control", gdzie najpierw Madonna jakby śpiewała z zaciśniętymi zębami, a potem zapraszała na dyskotekę. Próba ubrania przekazu społecznego w przebojowy rytm? Już na "American Life" działało to lepiej. Jeszcze gdzie indziej jest mdłe "Crave", które miało ambicje na miłosną balladkę, "Future" gdzie autotune przeszkadza zamiast urozmaicać, oraz finałowe "I Rise", które brzmi... najlepiej na całym albumie - nie pasuje koncepcyjnie do "Madame X", ale tam przynajmniej ktoś miał pomysł na harmonię i rytm. Wiem, niektórzy się przyczepią że Madonna na wielu kawałkach przesadza z ciągłym powtarzaniem fraz, ale ja ten zabieg kupuję.

"Madame X" to chaos, pomieszanie i najlepsza definicja Madonny w XXI wieku. Madonny, która jest świadoma tego że nie musi się ścigać, bo tron już ma. Może zamiast tego robić co się jej zwyczajnie podoba. Raz powstanie z tego taki potworek jak "Dark Ballet", raz takie cudeńko jak "Come Alive". To jest właśnie Madonna, czy raczej, Madame X.

Spis utworów

1. Medellín
2. Dark Ballet
3. God Control
4. Future
5. Batuka
6. Killers Who Are Partying
7. Crave
8. Crazy
9. Come Alive
10. Faz Gostoso
11. Bitch I’m Loca
12. I Don’t Search I Find
13. I Rise

Komentarze:

Zobacz również: