Nasza recenzja

When We All Fall Asleep, Where Do We Go?

W chwili, gdy piszę te słowa, ta 17-latka gra koncerty na największych festiwalach i wyprzedanych arenach koncertowych całego świata, jej album od 20 tygodni nie opuszcza pierwszej piątki Billboardu i sprzedaje się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy na całym świecie (w Polsce ma już status Platynowej Płyty), oglądalność jej klipów na YouTube jest liczona w setkach milionów, a o jej samej rozmawiają zarówno specjaliści branży muzycznej, jak i kreatorzy mody, a nawet psychologowie. Gdzie tkwi szkopuł w popularności Billie Eilish i jej debiutanckiego albumu?

Wbrew wszystkiemu co napisałem powyżej, nie zdziwię się, jeśli nie dotarł do was fenomen Billie Eilish, bo wystarczyłoby trzymać się z daleka od nowych mediów i mainstreamowych stacji. Nastolatka należy bowiem do pokolenia artystów, które swoją pozycję budowały poprzez wyświetlenia na Soundcloudzie, fanów na Instagramie i odsłuchy na YouTube czy Spotify. Kariera Eilish rozpoczęła się w 2016 od wrzuconego w internet singla „Ocean Eyes", by potem wszystko potoczyło się lawinowo. Kolejne single zapowiadające najpierw krótką EPkę, kolaboracje z Khalidem i Vince Staplesem, utwór nagrany dla Oscarowego filmu Alfonso Cuarona – wszystko pomału podsycało zainteresowanie młodą artystką przed premierą pełnoprawnego albumu. Do tego wszystko było mocno podbudowane wizerunkiem dziewczyny, która wprost opowiadała o swoich lękach, problemach z depresją i syndromem Tourette'a, a wizualnie pomieszaniem hip-hopowego luzu z pozostałościami po fali emo. Sprawia wrażenie wycofanej, tajemniczej, uśmiechającej się rzadko, mającej nieobecny wzrok. Dlaczego tutaj zwracam na to uwagę? Bo to wszystko idzie w parze z muzyką, którą słychać na „When We All Fall Asleep, Where Do We Go?"

Jeśli chcemy wrzucać ten album do jakiejś szufladki, najprościej byłoby go rzucić do electropopu. Ale takiego zdecydowanie bliżej chociażby dokonaniom Lorde czy Lany Del Rey, chociaż nie sposób odnieść wrażenia, że Billie Eilish stworzyła tym albumem własną markę, na której będą chcieli się inni wzorować. Artystka nagrała album w całości do spółki ze starszym bratem, Finneasem, a wszystkie nagrania odbywały się w jego pokoju. Wytwarza się też przez to wrażenie, że Eilish śpiewa stojąc tuż obok nas i tylko do nas, o swoich problemach i lękach. Zasługa też w tym jej wokalu, który czasami jest tylko szeptem, melorecytacją, mruczeniem a w wielu momentach jest bardzo zniekształcony. I ten głos jest tu właśnie najważniejszym instrumentem, gdzie ta młoda dziewczyna mówi nam wprost o swoich zawodach miłosnych, niepokojach i społecznym wycofaniu – czyli o tematach, z którymi utożsamia bardzo wielu ludzi, nie tylko w wieku Billie.

Zaś pod względem produkcyjnym mamy tu pop chyba najwyższej klasy, który garściami bierze z tego co obecnie jest na topie. Mamy tu trochę trapu (hitowy już „bury a friend", gdzie pada fraza tytułowa albumu, „you should me see me in a crown" czy „my strange addiction"), co nieco R&B, wbijający się w głowy bas („bad guy", które uzależnia z każdym przesłuchaniem) i klasyczne, wyciszające ballady („when the party's over", „listen before I go", „I love you"). Co prawda, niektóre zastosowane tu produkcje brzmią nieco nieskładnie i bez rozwinięcia („xanny" czy „ilomilo"), ale ta płyta ma jedną zaletę – zyskuje najwięcej słuchana jako całość, od początku do końca. Miłym akcentem jest tu finałowe „goodbye", gdzie Eilish żegna się z nami wyśpiewując pojedyncze frazy z poprzednich piosenek. Mało który debiutant w świecie mainstreamu wydaje kompletny album, zamiast zbioru singli i przypadkowo nagranych piosenek.

Najlepsza płyta pop tego roku? Możliwe, że tak. Jednorazowa sensacja, która za chwilę zniknie? Czas pokaże, ale trzymam kciuki by tak nie było. Jestem bowiem cholernie ciekawy, jak będzie się rozwijała twórczość Billie, jak i ona sama.

Komentarze: