Nasza recenzja

Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

Niewielu artystów wywarło równie znaczący wpływ na świat muzyki, co Chuck Berry. Szalony muzyk z St. Louis nie bez przyczyny nazywany jest „ojcem rock’n’rolla”: jego przeboje nie tylko przez dekady podbijały listy przebojów pod każdą szerokością geograficzną, ale też inspirowały kolejne pokolenia muzyków do sięgnięcia po gitarę.

Lista artystów, którzy wymienili Chucka Berry’ego jako jednego ze swych największych idoli, prawdopodobnie zajęłaby kilkanaście stron. Poprzestańmy zatem na wspomnieniu, że to właśnie od rozmowy o jego albumie „Rockin’ at the Hops” pewnego lipcowego dnia 1960 roku na dworcu kolejowym w Dartford zaczęła się niezwykła przyjaźń Micka Jaggera i Keitha Richardsa, która następnie – choć wypełniona nie mniejszą liczbą upadków, co wzlotów – stała się podstawą istnienia The Rolling Stones. Zresztą, pozostali członkowie tej legendarnej grupy nie pozostawali daleko w tyle za The Glimmer Twins, jeśli chodzi o uwielbienie do twórczości Berry’ego – co sprawiło, że w repertuarze Stonesów nigdy nie brakowało miejsca dla coverów największych hitów „Szekspira z St. Louis” (jak zwykł go nazywać Bob Dylan).

Nie powinno zatem dziwić, że to właśnie jeden ze Stonesów – gitarzysta Ronnie Wood – po śmierci Chucka, która nastąpiła w marcu 2017 roku, postanowił oddać mu wyjątkowy muzyczny hołd. Jesienią 2018 roku w The Tivoli Theatre w Wimborne, niewielkiej wiosce w południowej Anglii (nieopodal Bournemouth, kibicom piłkarskim kojarzącego się zapewne z drużyną, w której występuje Artur Boruc), Ronnie wraz ze swym pobocznym zespołem Wild Five dał koncert, podczas którego grane były niemal wyłącznie przeboje Chucka Berry’ego. Obszerne fragmenty tego występu zostały właśnie wydane pod wiele mówiącym tytułem „Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry”.

Na płycie znalazło się miejsce dla 11 utworów – obok 9 kompozycji samego Chucka, usłyszymy tu również „Worried Life Blues” autorstwa Big Maceo Merriweathera (wydaną przez Berry’ego na singlu w 1960 roku) oraz specjalnie na tę okazję napisany przez Ronniego kawałek pod wiele mówiącym tytułem „Tribute to Chuck Berry”. Co ciekawe, w tej krótkiej piosence Wood nie omieszkał wspomnieć także o przywarach swojego idola – takich jak oczekiwanie zapłaty za występ w gotówce i stawianie się na własne koncerty w ostatniej chwili – jednak i tak wyraźnie czuć estymę, jaką gitarzysta The Rolling Stones darzy swego zmarłego idola. Po tym krótkim wstępie wjeżdżają już same klasyki z pogranicza rocka i bluesa, na czele z nieśmiertelnymi „Talking About You”, „Back In The USA”, „Little Queenie” i, oczywiście, „Johnny B. Goode”.

Tak jak można było się spodziewać, przeboje Chucka Berry’ego zostały przez Ronniego potraktowane zgodnie z należną im czcią – a jednocześnie, z właściwym zarówno zmarłemu mistrzowi, jak i jego (nie)pokornemu uczniowi luzem. O tym, że wszystkie riffy zostały odegrane w sposób absolutnie mistrzowski, chyba nie muszę nikogo przekonywać – niewielu jest na świecie gitarzystów, którzy potrafiliby zagrać te szalone slide’y lepiej od Wooda. Ze śpiewem jest już trochę gorzej, bo Ronnie nie jest nawet w połowie tak dobrym wokalistą, jak jego kumple z The Rolling Stones, Mick i Keith – ale na tyle, na ile potrafi, stara się czarować słuchacza tym swoim zdartym głosem z nosowym londyńskim akcentem. Ma chyba jednak świadomość własnych ograniczeń, bo w kilku kawałkach postanowił oddać mikrofon uroczej Imeldzie May, która wniosła do tego występu mocny powiew energii i entuzjazmu. Trzeba przyznać, że był to strzał w dziesiątkę, bo jej wykonania, na czele ze nastrojowym „Wee Wee Hours” i wariackim „Rock ‘N’ Roll Music”, zdecydowanie należą do najjaśniejszych punktów tego krążka (aż szkoda, że na płytę nie trafiły inne zagrane z nią na koncercie w Wimborne piosenki, choćby „Around and Around” – na koncercie w Londynie kilka dni temu wyszła im wręcz fenomenalnie!). Warto wspomnieć również o towarzyszącym Woodowi we wszystkich utworach pianiście Benie Watersie, który na klawiszach gra wręcz brawurowo – posłuchajcie tylko, co odstawił w „Almost Grown” czy instrumentalnym „Blue Feeling”. Facet po prostu „czai bluesa” – i to dosłownie! Śmiem twierdzić, że bez jego udziału ta płyta nie byłaby tak dobra, jak się okazała – i aż chciałoby się, by potrwała nieco dłużej, niż te 38 minut (szczególnie przekonawszy się na własne oczy i uszy, ile fantastycznych numerów na albumie się finalnie nie znalazło...).

Tych, którzy (podobnie jak niżej podpisany) czują pod względem ilościowym lekki niedosyt i pragnęliby, aby na płycie znalazło się jeszcze choć kilka numerów, śpieszę uspokoić: Ronnie planuje wydać jeszcze przynajmniej dwa podobne albumy, w których odda cześć kolejnym bohaterom swojej młodości. Kogo tym razem uhonoruje? B.B. Kinga? Muddy’ego Watersa? A może Otisa Rusha lub Jimmy’ego Reeda? Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać, by się o tym przekonać!

Ronnie Wood with His Wild Five – „Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry”
Premiera: 15 listopada 2019
Wydawca: BMG

Tracklista:
1. Tribute to Chuck Berry
2. Talking About You
3. Mad Lad
4. Wee Wee Hours (feat. Imelda May)
5. Almost Grown (feat. Imelda May)
6. Back In The USA
7. Blue Feeling
8. Worried Life Blues
9. Little Queenie
10. Rock ‘N’ Roll Music (feat. Imelda May)
11. Johnny B. Goode

Komentarze: