Nasza recenzja

Blue Lightning

Niedawno miałem przyjemność recenzować najnowszy album gitarzysty The Rolling Stones, Ronniego Wooda, którego głównym założeniem było oddanie czci jednemu z pionierów rock and rolla – Chuckowi Berry’emu. Pomysł był świetny, wykonanie – w zasadzie też znakomite (o czym więcej przeczytacie w TYM TEKŚCIE). Gdyby każdy muzyczny hołd wypadał tak dobrze, jak ten autorstwa Ronniego, to w naszych odtwarzaczach gościłyby same płyty z podtytułem „A Tribute To…”. Ledwie kilka dni później w me ręce wpadła jednak płyta, która stanowi dokładne przeciwieństwo dzieła Ronniego: „Blue Lighting” Yngwiego Malmsteena.

Nie od dziś Yngwie Malmsteen znany jest jako muzyk, który za nadrzędny cel postawił sobie pobicie wszelkich rekordów w prędkości gry na gitarze – co zresztą wychodzi mu znakomicie. To, co wychodzi mu najlepiej – czyli wielość riffów i pasaży, jakie potrafi upchnąć w jednej sekundzie utworu – niekoniecznie pasuje jednak do bluesa, czyli stylu opartego na misternie zaaranżowanych, przeciąganych dźwiękach.

Tymczasem Yngwie, jakby nie zauważając, że z charakterystycznymi cechami tego szlachetnego gatunku jego własna twórczość niewiele ma wspólnego, wpadł na pomysł nagrania bluesowego krążka, którego osią byłyby nowe wersje numerów, jakie inspirowały go za młodu. Biorąc pod uwagę, jakim wirtuozem gitary jest Malmsteen, to by się zapewne mogło udać – ale tylko pod warunkiem, gdyby ten sympatyczny Szwed jeden raz zrezygnował z typowej dla siebie postawy, którą można zamknąć w pytaniu: „dlaczego mam zagrać jedną nutę, kiedy mogłem zagrać dziesięć?”. Niestety, spośród 12 zawartych na tym krążku utworów w ledwie trzech przypadkach – autorskim numerze „Sun’s Up, Top’s Down”, a także coverach piosenek „While My Guitar Gently Weeps” The Beatles i „Blue Jeans Blues”  ZZ Top – udało mu się utrzymać na wodzy własne skłonności do pędzenia palcami po strunach z prędkością, jakiej nie powstydziliby się Han Solo i Chewbacca podczas ucieczki „Sokołem Millennium” z Gwiazdy Śmierci. Poza tymi trzema utworami bluesa nie znajdziemy tu zbyt wiele – raczej absolutnie typowe dla Yngwiego heavymetalowe popisy, i to tak podobne do siebie, że trudno odróżnić jeden od drugiego.

Zastanawia także brak spójnej koncepcji tego krążka. Pal sześć, że wbrew zapowiedziom Malmsteena bluesa tu tyle, co kot napłakał – trudno jednak ten album uznać zarówno za „nowy materiał” Szweda (skoro 8 z 12 numerów to covery), jak i płytę z jego interpretacjami klasycznych utworów (jeśli taki był zamysł, to z jakiego powodu mamy tu 4 nowe kawałki?). A skoro już o coverach mowa – to zastanawia także ich dobór. Czemu wybrał takie utwory, które były reinterpretowane już dziesiątki, jeśli nie setki razy – i to znacznie lepiej, niż zrobił to Yngwie? Nagrane przez niego na potrzeby tego krążka własne wersje „Paint It Black” The Rolling Stones, „Smoke On The Water” Deep Purple i „Forever Man” Erica Claptona brzmią po prostu fatalnie – zupełnie, jakby zostały przygotowane przez zgraję nastolatków na amatorskim sprzęcie. Z kawałkami Jimiego Hendrixa („Foxey Lady” i „Purple Haze”) jest nieco lepiej – ale i tak śmiem wątpić, czy Jimi byłby zadowolony z tego, co zrobił z nimi Malmsteen. Może gdyby zamiast tak ogranych utworów Szwed sięgnął po nieco mniej oczywiste pozycje, wrażenie byłoby nieco lepsze – ale mnogość materiału porównawczego, jakim dysponujemy względem tego, co ostatecznie na jego płycie się znalazło, sprawia, że wszystkie braki da się wychwycić w mgnieniu oka. Poza tym – może ktoś mi podpowie, jak można było takie „Smoke On The Water” umieścić na płycie, której motywym przewodnim miały być inspirujące bluesowe utwory?!

Osobną kwestią jest wokal Yngwiego, który nigdy nie był jego mocną stroną – nie bez przyczyny przez dekady współpracował on z takimi tuzami, jak Graham Bonnet, Joe Lynn Turner, Doogie White czy Ronnie James Dio (genialny cover „Dream On” Aerosmith!), samemu zajmując miejsce przed mikrofonem tylko od wielkiego dzwonu. Z jakiegoś powodu przy nagrywaniu tej płyty Yngwie postanowił zrezygnować z udziału gości dysponujących głosem lepszym od własnego – tym samym strzelając sobie dość znaczącego samobója. Myślałem, że nigdy nie znajdę gitarzysty, który gorzej radziłby sobie ze śpiewem, niż dawny członek Europe, Kee Marcello – tymczasem okazuje się, że Malmsteen jest od niego jeszcze „zdolniejszy”. Jego wokale są stłumione i chwilami wyraźnie nie nadążają za gitarami, przez co cały materiał sprawia wrażenie nagranego dość... niechlujnie. Nie świadczy to najlepiej o artyście z ponad 40-letnim stażem scenicznym, nieprawdaż?

Podsumowując powyższe rozważania – jeżeli nie jesteś, drogi Słuchaczu, fanem Yngwiego Malmsteena na śmierć i życie, nie stawiasz jego turboszybkich solówek ponad gitarowe sztuczki wszystkich jego kolegów i nie lubisz metalowych (bo przecież nie bluesowych!) coverów – to ta płyta nie jest dla Ciebie. Przytłaczające, przekombinowane aranżacje, odarte z emocji wokale... cóż, lepiej odpuścić sobie ten krążek i sięgnąć po starsze dzieła Malmsteena. Bywało z nim już lepiej – i to o niebo!

Yngwie Malmsteen – „Blue Lightning”
Premiera: 29 marca 2019
Wydawca: Mascot Records

Tracklista:
1. Blue Lightning
2. Foxey Lady
3. Demon’s Eye
4. 1911 Strut
5. Blue Jean Blues
6. Purple Haze
7. While My Guitar Gently Weeps
8. Sun’s Up, Top’s Down
9. Peace, Please
10. Paint It Black
11. Smoke On The Water
12. Forever M

Komentarze: