Nasza recenzja

From Out Of Nowhere

Kiedy jest się taką ikoną jak Jeff Lynne, można zrobić już tylko jedno – czyli wszystko. Wszystko na co ma się ochotę i wtedy, kiedy się zachce cokolwiek nowego zrobić. Dlatego liderowi Electric Light Orchestra nie spieszyło się z nowym albumem (poprzedni ukazał się w 2015) i dopiero teraz dostajemy następny album jego legendarnej kapeli. Szkoda tylko, że można zapomnieć o nim bardzo szybko po przesłuchaniu.

Czternasty już album ELO – „From Out Of Nowhere" – został wyprodukowany przez Jeffa i niemal w całości przez niego nagrany. Podobno najpierw napisał tytułowy utwór przyznając, że „wziął się znikąd" i stąd nazwa dla całej płyty, która została tym zainspirowana. I w trakcie słuchania aż prosiło się przyznać, że znikąd też nie było pomysłów na ten album. Niestety, ale muszę to przyznać – kompozycyjnie całość jest bardzo monotonna. Pomysłów było tam może na dwa-trzy numery, bo cała reszta jest bliźniaczo do siebie podobna, bez żadnego zróżnicowania i nagrana na tych samych patentach. Jeffowi zdecydowanie brakowało w studiu kogokolwiek kto powiedziałby mu „a może to zróbmy trochę inaczej?". Nieco ponad pół godziny, ale dłuży się niemiłosiernie i strasznie męczy.

Przy czym te nieco patosowe kompozycje mają jedną zaletę – są stworzone pod granie na żywo i na koncertach ELO będą się wręcz prosiły o dodatkowe wzbogacanie ich innymi instrumentami i solówkami. Dlatego nie ma co skreślać Jeffa i jego dokonań za ten album, a dać mu szansę na żywo. Ale studyjnie to „From Out Of Nowhere" może służyć najwyżej za muzykę tła.

Spis piosenek:

1. From Out Of Nowhere
2. Help Yourself
3. All My Love
4. Down Came The Rain
5. Losing You
6. One More Time
7. Sci-Fi Woman
8. Goin' Out On Me
9. Time Of Our Life
10. Songbird

Komentarze: