Once Upon a Mind

W sumie, to szkoda mi trochę Jamesa Blunta. Po ponad piętnastu latach kariery z sześcioma albumami, koncertami na całym globie z fantastycznym głosem i talentem do pisania całkiem przyjemnych, często nawet przebojowych popowych piosenek, artysta dalej dla wielu jest „tym kolesiem od You're Beautiful". Singlem, który w obecnych dokonaniach Jamesa jest tak daleko, jak to możliwe.

Co prawda, ostatni album Brytyjczyka „Once Upon a Mind" wciąż jest utrzymany w klimatach folk-popowych, jednak tu da się już wyczuć w kompozycjach chęć stworzenia bardziej stadionowych hitów niż piosenek na ognisko. Handclappingu jest tu od groma, perkusja bywa mocniejsza od gitary, a Blunt używa płuc aż miło. Momentami jest wrażenie, jakby się odpaliło Mumford & Sons lub Coldplay. Sęk w tym, że jeśli ktoś nie jest zatrważałym fanem Jamesa, to szybko się tym albumem znudzi z jednego powodu – wszystkie piosenki są bliźniaczo do siebie podobne i zbudowane na identycznym schemacie. Start z niskich i powolnie rozkręcających się dźwięków – 3 akordy lub miarowa perkusja lub w finałowych utworach pianino. Potem wchodzi refren z klaskaniem i Blunt podnosi głos. Kolejna zwrotka już ciut głośniejsza od pierwszej i potem znowu podbicie refrenu, przejście, kolejny refren i „do domu". I tak przez wszystkie 11 kawałków na albumie. Całość trwa nieco ponad pół godziny, ale przez tą monotonię nawet nie idzie czuć upływu czasu.

Jestem natomiast pewien jednego – na żywo te utwory mają potencjał do porywania wielkich tłumów, bo są zwyczajnie dobrze odmierzone do interakcji artysty z publicznością. Nie wiem czy James na żywo zmienia lub ubarwia aranże swoich kawałków, ale może warto byłoby się przekonać (artysta 7 marca wystąpi w gliwickiej Arenie!). Bo może to nie jest album do słuchania w domu, tylko do przeżywania.

Spis utworów:

1. The Truth
2. Cold
3. Champions
4. Monsters
5. Youngster
6. 5 Miles
7. How It Feels To Be Alive
8. I Told You
9. Halfway
10. Stop The Clock
11. The Greatest

Komentarze:

Zobacz również: