Nasza recenzja

H.E.A.T II

Wśród zespołów powstałych w XXI wieku trudno znaleźć taki, który darzyłbym sympatią choć w połowie tak dużą, jak zwariowanych Szwedów z H.E.A.T. Wywodząca się z okolic Sztokholmu formacja szturmem wdarła się do mojego odtwarzacza w 2012 roku wraz z wydanym wtedy fenomenalnym albumem „Address The Nation” i od tamtej pory gości w nim regularnie – co nie powinno dziwić o tyle, że zasadniczo nie zdarzyło jej się wypuścić materiału gorszej jakości od wspomnianego krążka.

Mówię „zasadniczo”, gdyż ostatni studyjny krążek Szwedów – „Into The Great Unknown” z 2017 roku – jednak wywołał mieszane uczucia wśród fanów i krytyków muzycznych, znacznie mocniej skręcając stronę mainstreamowego popu, niż na którymkolwiek wcześniejszym albumie. Pamiętam, że początkowo podchodziłem do tego materiału dosyć nieufnie – jednak po kilkunastu odsłuchach „chwycił” mnie on na tyle mocno, że nie miałem innego wyjścia, jak tylko wystawić mu pozytywną recenzję. Nie zmienia to wszakże faktu, iż dawno nic nie ucieszyło mnie tak bardzo, jak zapowiedź, że kolejny album stanowić będzie powrót do korzeni zespołu. Żadnych eksperymentów, żadnych udziwnień – tylko te charakterystyczne, melodyjne gitarowe brzmienia, dzięki którym H.E.A.T podbił serca tysięcy słuchaczy od Japonii po Alaskę. Z której strony by nie spojrzeć – zapowiadało się doskonale.

W najśmielszych snach nie przypuszczałem jednak, że „H.E.A.T II” (osobliwy tytuł jak na szósty krążek w dorobku zespołu, ale OK – niech będzie, że kupuję to kuriozalne tłumaczenie, że grupa tak właśnie by brzmiała, gdyby dopiero teraz nagrała debiutancki materiał) okaże się AŻ TAK świetnym albumem. Jak się pewnie domyślacie, przesłuchuję przynajmniej kilkadziesiąt nowych płyt rocznie (choćby na potrzeby żmudnego procesu tworzenia recenzji), więc materiału porównawczego mam aż nadto. Dawno jednak żaden krążek nie wywarł na mnie tak wielkiego wrażenia, jak najnowsze dzieło H.E.A.T – w kończącej się właśnie dekadzie jestem w stanie wskazać ledwie kilka równie znakomitych albumów: wspomniany „Address The Nation”, „Carolus Rex” Sabatonu, „Aftermath of the Lowdown” Richiego Sambory (wszystkie trzy z 2012 roku – wychodzi na to, że było to muzycznie najlepsze 12 miesięcy tego dziesięciolecia!), „Crosseyed Heart” Keitha Richardsa (2015) i wreszcie „Kven” Hulkoffa (2017). Niespecjalnie dużo, jak na 10 lat, nieprawdaż?

Co sprawiło, że to właśnie „H.E.A.T II” zasłużył sobie na dołączenie do tego płytowego panteonu? Otóż, drodzy czytelnicy: ten album to po prostu czyste muzyczne szczęście w 11 kawałkach – trwająca trzy kwadranse instrukcja dla innych artystów, jak powinien brzmieć melodyjny hard rock A.D. 2020. Erik Grönwall i spółka dokonali czegoś, co udaje się naprawdę niewielu: cofając się do własnych początków i czerpiąc pełnymi garściami z dorobku mistrzów radosnego metalu z lat 80-tych, byli w stanie jednocześnie uzyskać brzmienie na wskroś świeże i nowoczesne – wręcz idealnie wpisujące się w klimat końca drugiej dekady XXI wieku, w której sięga się do klasyki w każdej niemal dziedzinie życia, by na jej kanwie tworzyć nowe, wyjątkowe projekty.

Krążek porywa słuchacza od pierwszych sekund – jako przystawkę zespół zaserwował bowiem prawdziwego killera w postaci numeru „Rock Your Body”, który opisałbym jako napakowaną sterydami wersję słynnego „Pour Some Sugar On Me” z repertuaru Def Leppard. To kawałek, który idealnie sprawdzi się na otwarcie każdego koncertu – już widzę te rozentuzjazmowane tłumy skandujące refren do spółki z naładowanym energią Erikiem, któremu dzielnie wtóruje w tym numerze reszta zespołu na czele z sekcją rytmiczną w osobach Crasha i Jimmy’ego Jaya. „Rock Your Body” w naturalny sposób wprowadza nas w klimat kolejnego utworu – rozpędzającego się z każdą sekundą „Dangerous Ground”, którego centralnym punktem jest szalona solówka Dave’a Dalone’a.

Trzecia z kolei piosenka, „Come Clean”, to jeszcze jeden dynamiczny rocker – choć równie dobrze sprawdziłaby się jako ballada, bo opowiada o tęsknocie za utraconą miłością. Trzeba przyznać, że dawno Erik nie śpiewał z równie wielkim przejęciem i zaangażowaniem – czyżby zatem w tekście tego kawałka znajdowały się elementy autobiograficzne?

Następny na liście kawałek, „Victory”, ma w sobie coś powermetalowego. Zaczyna się od majestatycznego klawiszowego wstępu, by potem bezpardonowo ruszyć z kopyta niczym Sabaton w „Ghost Division” – aż do solówki, w której Dave Dalone na gitarze i Jona Tee na keyboardzie urządzają sobie prawdziwy muzyczny pojedynek. Z kolei piąty w zestawie „We Are Gods” to bodaj najcięższy numer w dorobku H.E.A.T – brzmi trochę jak Black Sabbath w epoce Dio. Znów trzeba oddać honory Dave’owi, który po niezwykle klimatycznym, delikatnym interludium urządził słuchaczom gitarowy popis, którego nie powstydziłby się sam mistrz Iommi.

Dojeżdżamy do półmetka, gdzie czekają na nas dwa kolejne szybkie numery: „Adrenaline” z majestatycznymi chórkami oraz „One By One”, który był pierwszym singlem promującym ten krążek i praktycznie z miejsca stał się kolejnym H.E.A.T-owym… hitem. Niekończącą się jazdę bez trzymanki na chwilę przerywa jedyna na tym albumie ballada – „Nothing To Say”, która absolutnie w niczym nie ustępuje klasykom gatunku w rodzaju „I’ll Be There For You” Bon Jovi czy „Carrie” Europe. Ależ ten numer ma moc! Erik śpiewa tu w iście oszałamiający sposób, sprawiając, że wspomnienia wzruszających momentów z życia same pojawiają się w głowie – a subtelna współpraca gitar i klawiszy tylko potęguje ten efekt.

Widzowie wyścigów Formuły 1 doskonale wiedzą, że po wizycie w pit-stopie nie da się od razu wskoczyć na najwyższe obroty. Zdają sobie z tego sprawę także panowie z H.E.A.T, dlatego po balladzie „Nothing To Say” dostajemy numer mid-tempo (choć z perspektywy wielu innych zespołów byłby pewnie szybkim rockerem…) zatutułowany „Heaven Must Have Won An Angel”, który zdaje się trochę nawiązywać do wczesnej twórczości kapeli Danger Danger. Co ciekawe, w dyskografii tego zespołu pojawia się piosenka o tytule identycznym, jak kolejny kawałek z tracklisty „H.E.A.T II” – „Under The Gun”. To jeden z najbardziej przebojowych numerów na tej płycie, który znakomicie sprawdzi się na podgrzanie emocji w środku koncertu.

Wreszcie docieramy do mety, przy której dostajemy kolejnego killera w postaci doskonale znanego już wszystkim fanom zespołu epickiego numeru „Rise”. Ten utwór porwał mnie od pierwszego usłyszenia pewnego zimnego, listopadowego wieczoru – i uwielbiam do niego wracać do tej pory. Już samo to, że tak świetny kawałek trafił na koniec playlisty, pokazuje, z jak znakomitym krążkiem mamy do czynienia. Tu po prostu nie da się wskazać piosenki, która byłaby w jakiś znaczący sposób słabsza od pozostałych – panowie z H.E.A.T stworzyli 11 kompozycji, które można by ustawiać w dowolnej kolejności i album wciąż wydawałby się równie dobry.

H.E.A.T jest dla mnie swego rodzaju zagadką. To zespół, w którym wszystko zdaje się być na swoim miejscu – ze znakomitym frontmanem w osobie Erika, który pod względem umiejętności operowania głosem dosłownie zjada większość wokalistów z całego świata, znakomicie zgraną sekcją instrumentalną, niepozostającą daleko w tyle za swoim liderem, i dyskografią wypełnioną przebojami, jakich pozazdrościłaby niejedna inna formacja – a jednak jakimś cudem pozostaje gdzieś na obrzeżach naprawdę wielkiego grania. Nie mam jednak wątpliwości, że jeśli panowie będą dalej nagrywać takie płyty, jak „H.E.A.T II” – którą już teraz, w lutym (!), śmiało mogę obwołać Płytą Roku 2020 – to się prędzej czy później zmieni. Wspomnicie moje słowa: ten zespół jeszcze będzie wyprzedawać stadiony!

H.E.A.T – „ H.E.A.T II”
Premiera: 21 lutego 2020
Wydawca: earMUSIC

Tracklista:
1. Rock Your Body
2. Dangerous Ground
3. Come Clean
4. Victory
5. We Are Gods
6. Adrenaline
7. One By One
8. Nothing To Say
9. Heaven Must Have Won An Angel
10. Under The Gun
11. Rise

[TUTAJ można odsłuchać pełen album w serwisie SPOTIFY]

Komentarze: