Nasza recenzja

Ruby Dress Skinny Dog

Bądźmy szczerzy już na wstępie - gdyby nie fakt, że wokalistą tego młodego (nie tylko w kwestii wieku członków) zespołu jest zwycięzca X-Factora i autor jednego z najlepszych debiutów zeszłego roku, to Curly Heads nie miałoby takiego wielkiego zainteresowania publiczności. I z tego akurat należy być z tego zadowolonym, bo "Ruby Dress Skinny Dog" to rewelacyjny album zasługujący na wielką popularność.

O ile wokalista na swoim solowym albumie mógł sobie do woli eksperymentować z popem alternatywnym, to tym razem musiał się nieco podporządkować kudłatym kumplom z zespołu. Debiutancki album Curly Heads przypadnie do gustu fanom starszego The Kooks czy Arctic Monkeys, chociaż wielbiciele The Black Keys z czasów "El Camino" też powinni bez problemów zatrzymać na tym krążku ucho.

Kiedy Tomasz był na koncercie CH, jeszcze za czasów Dawida w X-Factorze, sugerował że Podsiadło powinien "jak najdalej uciekać od tych dzieciaków". I wygląda na to, że "dzieciaki" dojrzały i zrozumiały że granie "garażowe" też musi mieć jaką konstrukcję i ład, a tzw. nagrywanie "na setkę" należy zostawić na później. W kompozycjach Curly Heads nie brakuje rockowej energii i jednocześnie spójności. Mamy tu wszystko co trzeba - "zdarty" głos Dawida, gitary wzbogacone sprężeniami (ma się wrażenie jakby instrument był tuż obok naszego ucha) i perkusję. W zasadzie przez cały czas mamy mocną nawalankę - powoli rozkręcające się "Love Again", znane już dawno "Reconcile" które nie daje odpocząć na moment, "Diadre" i "Noadvise" które brzmią żywcem wyjęte z pierwszych płyt The Strokes, gotycka atmosfera w finalnym "M.A.B.". Chwila spokoju jest tylko na "Midnight Crush", bo zaraz potem wchodzi koncertowy killer jakim może być "Synthlove",

"Ruby Dress Skinny Dog" urzeka prostotą brzmienia, ale teksty są naprawdę ciekawe. Wszystkie napisane po angielsku tyczą się gorzkich relacji międzyludzkich. I udało się uniknąć banałów w stylu "I don't love you baby anymore". Dykcji Dawida też nie można niczego zarzucić.

Czy ten album ma zatem jakieś wady? Zarzuciłbym mu tylko jedno - że musieliśmy najpierw mieć sukces solowy wokalisty, abyśmy się na tym zespole chcieli poznać.

Komentarze: