Nasza recenzja

46 minut Sodomy

Nawet Wikipedia na stronie Afro Kolektywu ogłasza, że zespół od 2010 roku "dokonał zmiany stylistycznej i gra piosenki". Zupełnie jakby to była obelga. Ale do "46 minut Sodomy" to określenie pasuje jak żadne inne. Tylko że tutaj nawet piosenki są mało piosenkowe.

Nowy album grupy został nagrany w zaledwie cztery dni i to jeszcze metodą "na setkę". To od razu może rodzić podejrzenia że coś nie zatrybiło. Po pierwszych nawet trzech utworach, od razu rzuca się w uszy pewna monotonia - instrumentarium to samo, kompozycje te same. Zostało za to mnóstwo jazzowania. Ale nie słychać gdzie kończy się jeden utwór, a zaczyna następny. Całe 46 minut zwyczajnie przelatuje nam przez uszy. A wystarczyłoby zrobić chociaż jednorazowy wyskok w stronę innych horyzontów, zamiast cały album nagrywać na cymbałkach i gitarze. Chociaż nie zaprzeczę, że w większości brzmią one naprawdę nieźle - ale do radia to raczej nie wlecą.

Za to teksty są aż nazbyt zobowiązujące. Pasują do cytowania w wielu sytuacjach życiowych młodego Polaka (jak np. świetne "Najgorsza sobota w życiu" i "Po Co"), ale jest z nimi podobnie jak z melodiami. Słyszymy je, doceniamy, ale kiedy zaraz odpala się następny utwór, to już sobie go tak łatwo nie przypomnimy. W dodatku gryzie taka sama monotonia - słowa Hoffmana płyną, refrenów jakby nie ma. Aż się prosi zacytować jeden z wersów - "pewnie byś stworzyła do tej muzyki inny tekst". Michał powinien posłuchać sam siebie i zrozumieć że pod taką melodię nie wejdzie stylistyka jak z kultowego "Czytaj z ruchu moich ust".

Są dobre melodie i świetne teksty - czyli to co powinny mieć tak zwane "piosenki". A rezultat jest taki, że mimo słuchania tej płyty po raz trzeci, nie potrafię wymienić z pamięci nawet jednej zwrotki i powyższy tekst piszę wspomagając się bookletem z płyty. Takie bezpiosenkowe piosenki.

 

Komentarze: