Nasza recenzja

Discochłosta

Bracia Figo Fagot to jeden z najbardziej kontrowersyjnych, dziwnych i zaskakujących projektów muzycznych ostatnich lat, który u pewnej cześć słuchaczy wzbudza ciekawość i zainteresowanie, a u innej  wręcz niesmak i zgorszenie.

To zespół muzyczny bazujący na pastiszu i kabarecie wyśmiewającym Polskę dnia dzisiejszego, a w szczególności Nasze przywary, wady, inteligencję i gusta muzyczne..Proste brzmienia rodem z disco polowych kapel, ostre teksty w podobnej konwencji i do tego wszystkiego brak litości dla kogokolwiek i czegokolwiek. Pierwszy album "Na bogatości" zaskoczył swoją prześmiewczą wersją disco polowych piosenek, które poza świetną zabawą gwarantowały także głębszą refleksję nad tym, jak nisko kulturowo upadła Polska publiczność. Druga płyta "Eleganckie chłopaki" nie miała już takiego poweru i mocy, ale nadal bawiła, w pewnym stopniu szokowała i miała w sobie jakieś głębsze drugie dno, które odnajdywało się pomiędzy tymi niecodziennymi tekstami. I oto niespełna rok później pojawia się trzeci album zespołu - "Discochłosta", który w mojej ocenie stanowi niestety powielanie tych samych schematów, które stały się już po prostu nudne i mało odkrywcze.

 Członkowie zespołu "Bracia Figo Fagot" - Bartosz Walaszek (Fagot) i Piotr Połać (Figo) "popełnili" na tej płycie 13 piosenek, które są dokładnie takie, jakich moglibyśmy spodziewać się po tej formacji. Utwory bazujące na elektronicznych dźwiękach keyboardu i wokalach obu panów, zbliżonych czasami do śpiewu, ale w większości do mówienia i recytacji. I o ile warstwę muzyczną można jeszcze przełknąć, a nawet dać się jej porwać przy którymś z kolei przesłuchaniu, o tyle tekstów na tej płycie po prostu zrozumieć nie mogę. Myślę, że "Discochłosta" to płyta w której jej autorzy przeszli już samych siebie, przewyższając ilość idiotycznych słów, wątków, podróży myśliwych do tylko Im znanych celów, czy też nawiązań do szybkiego sexu i "chlania" bez umiaru.., z nawiązką w odniesieniu do dwóch poprzednich albumów razem wziętych. Oczywiście poprzednie płyty opowiadały w zasadzie o tym samym i w taki sam sposób, jednak w ich przypadku towarzyszyło im swoiste, bo swoiste, ale jednak poczucie humoru. Tutaj go najzwyczajniej w świecie brakuje, a w jego miejscu pojawia się wulgaryzm, prostactwo i niesmak..Oczywiście istnieje taka  możliwość, że jestem już po prostu zbyt stary na takiego pijańskie zabawy dźwiękowo - tekstowe.., ale jeśli tak jest, to chyba płyta ta nie jest po prostu dobra, skoro Mnie nie porwała i nie zainteresowała choćby w średnim stopniu.

Trzeba oddać chłopakom z zespołu to, że na pewno rozwinęli się pod względem aranżacji muzycznych, których na tej płycie możemy spotkać więcej i bardziej różnorodnych, niż miało to miejsce na poprzednich albumach. Jako przykład może posłużyć tutaj utwór "Zalegizybać Marihuaen", który przenosi nas w lekko reggaeowe klimaty, oczywiście w discopolowej formie. Podobnym przykładem jest piosenka "Jak Już Coś Jebać To Tylko Wódę", w której dominują akordeonowe dźwięki i (o dziwo!) rytmy ska. Znajdziemy tu także ostry klubowy  kawałek - "Jebać studia" oraz utwór  przywodzący na myśl piosenki z nurtu italo disco lat 70-tych, czyli "Bella Putanesca".  Piosenka "Hetermoagnes" także stanowi pewien nowy ślad muzycznych klimatów zespołu, ocierający się momentami nawet o muzykę techno. To tyle jeśli chodzi o warstwę muzyczną, a w zasadzie tyle, co warto zauważyć i zapamiętać na dłużej. Jeśli chodzi o całość, czyli muzykę i tekst, to wyróżnił bym tutaj (lekko na siłę, ale jednak) utwór "Janko Janeczko", który tekstem masakruje uszy, ale mimo wszystko daje się słuchać więcej, niż jeden raz. Nie najgorszym kawałkiem jest także "Oooooo kończy się już noc", który nie jest tak bardzo odkrywczy i bogaty pod względem muzycznym, ale rekompensuje to przynajmniej jako taką dawką poczucia humoru, o który w przypadku pozostałych piosenek naprawdę nie jest łatwo. I na koniec wyróżniłbym tu jeszcze "Nigdy nie wierz mu", który także odrobinę bawi i pozwala się uśmiechnąć, a przy tym powoduje lekkie wibrowanie co najmniej dłoni, jeśli już nie choćby jednej nogi..

 Muzyka do tańczenia - jak najbardziej. Do słuchanie - nie koniecznie. Na pewno bawić przy tej płycie można się przednio, zwłaszcza po kilku głębszych i w dobrym towarzystwie. Wtedy już nawet nie przeszkadzają tak bardzo przekleństwa, fałsze, idiotyczne teksty i bardzo specyficzne poczucie humoru "Figo" i "Fagota"..Słuchając tej płyty po raz któryś z rzędu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pastisz zbliżył się niebezpiecznie do nie najlepszej wersji oryginału, czyli muzyki disco polo ze średniej półki. Ciekawe czy kolejna płyta będzie podobna do tej niniejszej, bo jeśli tak to niestety nie widzę tego w zbyt optymistycznych barwach..

 Oczywiście znajdą się tacy, a właściwie to wielu takich, którzy będą się cieszyć z każdego przekleństwa, niewybrednego komentarza i rynsztokowego słownictwa w muzyce "Braci Figo Fagot", nie zważając przy tym na to, ze tak naprawdę Panowie Ci nie potrafią śpiewać choćby w minimalnym stopniu. Jasne, dziś wokal  nie jest najważniejszy, ale mimo wszystko choćby "średni", by nie zaszkodził. Polecam zatem tę oto płytę wszystkim fanom twórczości obu Panów, którzy zdecydują się na ten krok z pełną premedytacją i na własne ryzyko. Wszystkim innym radzę się dobrze zastanowić przed wsłuchaniem się w dźwięki i słowa "Discochłosty", po której to doznaniowe "rany" mogą się goić bardzo, bardzo długo..

Spis utworów:
 
1. Magiczna kraina

2. Janko Janeczko

3. Polej Gruby Wódy

4. Zalegizybać Marihuaen

5. Dziewczyna jak flaczki

6. Bella Putanesca

7. Heteromagnes

8. Oooooo

9. Jak już coś jebać to tylko wódę

10. Wojownicy Wódy

11. Nigdy nie wierz mu...

12. Jebać studia!

Komentarze: