Nasza recenzja

The Way

Japończycy dokonywali rytuału seppuku - honorowego samobójstwa - poprzez rozcięcie brzucha, bowiem wierzyli że właśnie tam znajduje się dusza. Tak właśnie można nazwać to, co Macy Gray zrobiła ze sobą na albumie "The Way" - odarła samą siebie z duszy, zostawiając jedynie swą piekną charakterystyczną chrypkę.

Nie ma wątpliwości że w karierze Macy następuje pewien zmierzch, a "The Way" brzmi jak coś w rodzaju kapitulacji. Zarówno pod względem komercyjnym, jak i artystycznym. Album jest pełen naprawdę niezłych melodii, cholernie chwytliwych - takie "Bang Bang" i "Hands" mogłyby być hiciorami nawet w radiu Eska, "Need You Know" to idealny opener imprezy, gdzie jeszcze wszyscy są za bardzo trzeźwi. Tylko w tych przebojach brakuje głębi.

Tak - tu są przeboje. Mamy tu dużo disco-funku, popu, inspiracji country. Instrumentaliści odrobili lekcje z inspirowania się soulem/r&b, tylko wszystko co można było wyeksponować zostało brutalnie spłaszczone. Promyczek nadziei mamy na "Queen of the Big Hurt", które zamiast stale urzekać nastrojem zamienia się w nagranie z pośmiertnej płyty Amy Winehouse. W tekstach mamy wyznania o złych osobach dookoła i uzależnieniach, ale słucha się tego bardziej z politowaniem niż chęcią złapania wykonawcę za bary i błagania go o dalsze wyznawanie.

Taki właśnie w całości jest nowy album Macy. Jakby zrobiony na pół gwizdka, jakby Macy nie chciała go wydawać już teraz, bo po prostu został odklepany, nagrany na siłę - więc wydawać jak najszybciej. Przykro się robi, ale też chce się go słuchać dalej przynajmniej dla chrypki.

Mógłbym napisać w najprostszym skróce, że "The Way" to jakby soul bez duszy. Bo dusza zniknęła, ale przynajmniej została dobrowolnie oddana. A mi stają przed oczami słowa nieśmiertelnego "I Try": "próbuję się pożegnać, ale się nagle krztuszę".

Komentarze: