Nasza recenzja

Film

Pop popowi nierówny - to wiemy wszyscy. Z jednej strony mamy Britney Spears, Lady GaGę czy Dodę, z drugiej - Brodkę, Melę Koteluk czy Lily Allen. A jeszcze gdzieś z boku, na innym regale (bo już nawet nie półce) jest Gosia Andrzejewicz, która na swojej trzeciej płycie wciąż robi się na dziewczynkę z prowincji, której wielkim marzeniem jest spełniona miłość do księcia z bajki.

Ci którzy pamiętają jaki szał robiło niegdyś w radiach i telewizjach muzycznych (wtedy jeszcze nawet MTV nadawało teledyski) nieznośnie wkręcające się w łeb "Pozwól żyć", dostaną niemal to samo na całym "Filmie". 30-letnia wokalistka zbudowała swoją karierę na banalnych, infantylnych tekstach i widać nie zamierza poprzestawać na tym. Każdy z utworów jest czymś w rodzaju nawoływania do podążania za pragnieniami, wykrzykiwania o wielką miłość.

Muzycznie mamy - uwaga - całkiem przyzwoicie, ale o ambicji nie ma tu mowy. Pop-house'owe aranżacje, nawet bez wielkich fajerwerków. Nie licząć miejsca naprawdę mocno egzaltowanych refrenów, oraz tego że po pierwszych pięciu kawałkach dochodzi do nas że cała płyta jest wyprodukowana na przysłowiowe jedno kopyto. Konia z rzędem temu, kto da radę trzeźwo odsłuchać całość za jednym zamachem.

Nie wierzę też, że nikt z wytwórni czy producentów nie powiedział Gosi że w repertuarze anglojęzycznym jest jej nie do twarzy - czy raczej do głosu. Bo choć na drugim krążku (tak - "Film" jest wydawnictwem dwupłytowym!) mamy ciekawie brzmiące numery klubowe, to jak słyszymy wokalistkę śpiewającą po angielsku z naprawdę fatalną dykcją, to ciskamy słuchawkami o ścianę.

Niejeden słuchacz czy dziennikarz zdążył postawić na tym albumie krzyżyk, jeszcze zanim się ukazał. Ja zaryzykowałem i dałem tę szansę Gosi. I jak będę chciał to zrobić kolejny raz, solidnie uderzcie mnie w głowę. Albo - jeśli jesteście fanami Andrzejewicz (podobno jacyś istnieją) - wytłumaczcie mi, z jakiej półki muzycznego gustu się wywodzicie. Bo ja wciąż nie potrafię naszej bohaterce jakiejś "niszy" odnaleźć.

Komentarze: