Nasza recenzja

Anima

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obcować z nową Justyną Steczkowską, a macie dość wszędobylskich pochwał na temat jej najnowszej płyty - natychmiast się przełamcie i posłuchajcie, albo zamknijcie kartę w przeglądarce. Bo nie będę tutaj wyjątkiem - "Anima" jest doskonała.

Mimo że Justyna jest obecna na scenie muzycznej już całe dwadzieścia lat (w 1994 roku wygrała "Szansę na sukces" utworem Maanamu), a "Anima" jest piętnastym krążkiem w jej dyskografii, to jest to pierwsza od 2009 roku płyta z całkowicie premierowym, autorskim materiałem artystki. Zapewne dlatego też wielu się zniechęca do samego włączenia "Animy", myśląc co też ciekawego może zaprezentować wokalistka, która większość kariery robiła cudzym repertuarem (płyta z piosenkami Kabaretu Starszych Panów czy też śpiewanie z Michałem Żebrowskim wierszy Norwida i Szekspira) albo przerabiała na nowo własny (retrospektywny "XV" z sprzed dwóch lat).

A nowa płyta zaskakuje, i to mocno. Już wystarczyło w kwietniu tego roku usłyszeć singiel "Terra" gdzie obok tekstu Kasi Nosowskiej mieliśmy aranż jakby wyjęty od Bjork z czasów "Army of Me". A nad tym wszystkim, Justyna wykorzystująca swój talent wokalny tak wspaniale jak nigdy wcześniej. I co najważniejsze - singiel jest tylko Hitchcockową bombą przed narastającym na całej płycie napięciem.

"Anima" jako całość brzmi jak trip-hopowa, nieco transowa podróż w kosmos pełny rozważań kruchości życia w stylu carpe diem. Wszystkie teksty - spod pióra Nosowskiej, Ifi Ude czy samej Justyny - mogą wydać się nieco nadęte, ale w całości płyty są bardzo ze sobą spójne. Bo nie ma wątpliwości że Justynie o taki efekt chodziło - żeby oprócz radości dać słuchaczowi pretekst do refleksji nad swoim ja. Mamy tu też sporo obnażania duszy i jasnych deklaracji artystki - "Nie jestem tym kim byłam, mój anioł o tym wie". A jeśli dostajemy je zaserwowane na zmianę zarówno jej czterema oktawami, jak i rytmicznym melorecytowaniem przerwanym niemal krzykiem - to ja się kłaniam pani Steczkowskiej w pas.

Za to aranże łączą się ze sobą wpływami elektronicznymi, ale każdy podany na co rusz innej dekoracji. Dynamiczne z elementami etno "Leć", "High Heels" jakby wyjęte z pierwszej płyty Pati Yang (która, notabene, się właśnie w tym kawałku udziela), agresywne elektro w "Kochankowie syreny", "Tam" którego nie powstydziły się sam Tricky, cichy rozmach w "Nie jestem tym kim byłam". Istny emocjonalny taniec po kolorowej linie. Producencki dream team Justyny (Bipolar Bears, Skinny ze Skinny Patrini czy Bartosz Hervy z blindead) zagrał równie zespołowo jak polska drużyna siatkarska.

Jedna tylko refleksja na koniec. Justyna w "Pryzmacie" straszy trochę słowami "mój czas dobiegł końca". Nic z tego. Nie po takiej płycie, którą bez kozery nazwę najlepszym polskim albumem kobiego pop tego roku. Nie nazywajmy ją już "dziewczyną szamana", bo już dawno wyrosła ze statusu dziewczynki. Niech teraz zostanie ideałem kobiety - czyli Animą.

Komentarze: