Nasza recenzja

War Of Kings

Kilka dni temu ukazał się dziesiąty studyjny album szwedzkiej formacji Europe. Słuchając tej świeżutkiej płyty o dźwięcznej nazwie „War Of Kings” nie sposób nie usłyszeć dźwięków kojarzonych z solidnym mocnym graniem w stylu chociażby Black Sabbath.

To pierwsze skojarzenie, jakie się nasuwa i na pewno dla wielu będzie zachętą do zapoznania się z całym materiałem. Zespół zapowiadał płytę inną niż 3 lata wcześniej nagrany świetny album „Bag Of Bones” i faktycznie, to zupełnie inne granie. Słuchając poprzedniej płyty ciężko czasami było się zorientować, że to Europe, teraz już nie ma żadnych wątpliwości. Szwedzi powracają do swoich korzeni, pierwszych płyt, tych wydanych w latach 80-tych i robią to w doskonały sposób. Płyta jest bardzo dojrzała i bardzo rockowa.

To solidna dawka świetnych kompozycji, wykonanych w najlepszy możliwy sposób. Już tytułowy pierwszy utwór zapowiada solidne dźwięki i faktycznie płyta rozpoczyna się mocno i niemal majestatycznie. Kolejny utwór „Hole in My Pocket” podkręca temperaturę i najbardziej brzmieniem przypomina dokonania Glenna Hughesa i Black Country Communion. Następne utwory takie, jak chociażby ‘Second Day” czy  „Praise You”, ale nie tylko one wprowadzają w niepowtarzalny klimat, działając emocjonalnie na odbiorcę, który z pewnością przenosi się myślami gdzieś w okolice hardrockowych najlepszych dokonań sprzed wielu lat. Dla mnie, z każdym utworem tych emocji jest coraz więcej. „Angels (With Broken Hearts) to ich kulminacja i najlepszy utwór na płycie. Po raz kolejny trzeba docenić świetną robotę Dave’a Cobba, gdyż od strony producenckiej to prawdziwy majstersztyk. Tak brzmiącej gitary czy bębnów długo by szukać. Nawet z nieco kiczowatego wokalu Tempesta udało się wyciągnąć wiele, unikając pompatyczności i balansowania na granicy dobrego smaku. No i do tego ten melotron….:) Sztuką jest nagrać w obecnych czasach płytę, która brzmi po prostu jak stara dobra  rockowa płyta,  jednocześnie zachowując przy tym świeżość,  styl i przede wszystkim klasę. A właśnie „War Of Kings” wszystkie te zalety posiada.

Można Europe lubić, bądź nie. Pewnie dla większości mocno metalowych fanów pamiętających  1986 rok to zespół jednego przeboju i szczyt obciachu. Tym, którzy we wspomnianym roku przeżywali „Master Of Puppets” i jednocześnie kpili z dokonań Europe, nie łatwo będzie zaakceptować jakiekolwiek dokonania tego bandu. Znam takie osoby. I właśnie dla nich jest „War Of Kings”, czyli doskonała okazja, by przekonać się, że szwedzka formacja zasługuje na uwagę każdego wytrawnego odbiorcy muzyki rockowej.

Komentarze: