Nasza recenzja

Kalejdoskop

Nie przypominam sobie w ciągu ostatniej dekady choć jednego dobrego hitu Andrzeja Piasecznego, który nie wywoływałby u mnie skrętu kiszek. Mimo że wiele stacji radiowych je mocno lansowały. Co tymczasem robi bożyszcze polskich kobiet zza czasów Mafii? Wydaje płytę składającą się w 80% z coverów.

Tylko fajnie by było, gdyby to jeszcze były covery dobre. Ale wszyscy dobrze wiemy, że nagrać jeszcze raz coś co wielu bardzo dobrze zna i kocha, to niemała sztuka. Brawa dla Andrzeja że zdecydował się podnieść rękawicę i podjąć takie wyzwanie. Bo jestem pewien że chciał dobrze, zwłaszcza angażując do nagrania tej płyty Metropole Orkestr z Amsterdamu, która ma na koncie współpracę z Bono, Dianą Krall czy Ellą Fitzgerald. No właśnie, wiem że chciał dobrze. Ale nie wyszło.

Pierwszym podstawowym błędem Andrzeja jest to, że utwory które w oryginalnych wykonaniach chwytają ze serce swoją surowością i niepokojem (List Hey'a, Do kołyski Dżemu czy Ostatni Edyty Bartosiewicz) on zdecydował się uczynić z nich patosowe epopeje. Wystarczy posłuchać oryginałów, by wiedzieć że ich siła i ponadczasowość nie stanowiła o potężnym brzmieniu i zdrzieraniu głosu (co Andrzej uskutecznia na całej płycie), a właśnie na prostocie. Nasz bohater zdecydował się tę prostotę zedrzeć niczym garbarz skórę ze zwierzęcia. Efekt jest wprost brutalny, bo tych coverów wręcz słuchać się nie da.

W podobnym stylu zostały dosłownie zszargane Scenariusz dla moich sąsiadów Myslovitz, gdzie "Piasek" śpiewa jakby totalnie nie rozumiał o czym jest ten utwór, O sobie samym Roberta Gawlińskiego sprowadzone do poziomu wiejskich dożynek i Zanim zrozumiesz Varius Manx, gdzie na miejscu Anity Lipnickiej po usłyszeniu tegoż coveru podciąłbym sobie gardło. Drewnianym nożem.

A co najciekawsze, autorskie utwory Andrzeja na tej płycie (których są cztery, jeśli liczyć też Ja moja twarz z czasów Mafii) pasują do ogółu repertuaru... jak ulał. Bo bardzo podobnie zaaranżowane atakują patosem i na dodatek infantylnością.

Tym bardziej boli też to, że album już w dniu premiery pokrył się platyną. Chciałbym wierzyć w to, że tylko zadziałał efekt "lubienia tego co już się zna". W innym wypadku nie wierzyłbym, że na tak marny materiał można chcieć wydać jakieś pieniądze.

Komentarze: