Nasza recenzja

For All My Sisters

Słuchanie szóstej płyty ulubieńców New Musical Express, uświadomiło mi, że w tworzeniu klasycznego, tradycyjnego indie rocka nic nowego już się nie da wymyślić. Ewentualnie bracia Jarman z The Cribs nie potrafią niczego innego stworzyć.

Najpierw się przyznam do czegoś osobistego. Indie rock, jaki poznaliśmy zza czasów triumfów Arctic Monkeys, Franz Ferdinand, Death Cab For Cutie czy też właśnie The Cribs brzmiał świeżo i intrygująco - ale na początku dekady 2000 . Kolejne kapele wydawały kolejne płyty w tym nurcie, a mnie nudziły już wtedy. Tych zespołów było tak dużo i wszystkie grały tak identycznie, że na same słowa "indie rock" dostawałem odrcuhu wymiotnego. Część z tych zespołów wyczuwała oraz rozumiała zmieniające się trendy i ewoluowała brzmieniowo (vide ostatnie albumy Arctic Monkeys czy Franz Ferdinand). Za to panowie z The Cribs uparcie siedzą gdzieś około 2005 roku z myślą że, mogą nagrywać szósty raz tę samą płytę. Mogą. Ale nic dobrego im z tego nie wyjdzie.

For All My Sisters spodoba się tylko najbardziej zagorzałym fanom kapeli, którym nie znudziło się jeszcze odgrywanie schematów na zasadzie brzdąknięcie gitary z lekkim sprężeniem dodane do średnio-zaawansowanego w bojach perkusisty z drobnym elementem grania garażowego (wiecie, że dźwięk niedoczyszczony w studiu). A nad tym wszystkim oczywiście głos wokalisty, który brzmi totalnie beznamiętnie, nie licząc momentów kiedy znikąd artykułuje jakąś głoskę. W jakim celu? Któż to wie.

Ktoś zaraz zarzuci, że "nie jestem targetem". Może i nie jestem. Jednak nie muszę być fanem indie rocka, żeby stwierdzić tak oczywisty fakt, jak to że najnowsze dzieło The Cribs jest płytą zwyczajnie nudną. W 2001 roku zrobiłaby pewnie furorę. Dzisiaj? Panowie, nie ta era.

Komentarze: