Nasza recenzja

Cherry Bomb

Jeśli w tym roku nie ukaże się już żadna inna płyta hip-hopowa, to jestem za tym by wydać osąd że to własnie Tyler the Creator wydał album roku 2015 w tej kategorii. A zresztą - ja to mówię już teraz. Bo tę mieszankę ciężko przebić.

Na rany chrystusowe, czego tu nie ma! Zaczyna się mixem electro-rocka i trapu (przebojowy Deathcamp), potem przejścia w trip-hop i acid rocka (Pilot i Cherry Bomb) , funky (Fucking Young)... cholerka, słychać tam nawet jazz (2Seater)! Słucham trzeciego albumu kalifornijskiego rapera na ciągłym ripicie od tygodnia i co chwila coś wyłapuje. Np. dopiero dziś w Smuckers usłyszałem gościnny występ Kanye Westa, a w kolejnym Keep Da O's słychać samego Pharrella (a artyści nie są oficjalnie wymienieni jako featuringi). Chociaż określenie "album" niespecjalnie tu pasuje - byłbym bardziej skłonny nazwać to dzieło mixtape'm.

Bo - mimo tego stylistycznego bałaganu - wszystko się tu łączy w spójną całość (no dobra, jedynie Find Your Wings brzmi tu jak z zupełnie innej bajki). Energetyczną, ciekawą, brzmiącą bardzo świeżo - mimo że Cherry Bomb nie przełamuje jakichś schematów, wszystko to skądś znamy. A jednak to działa. Jak? Nie pojmuję.

Jeśli Kanye West nie pospieszy się z wydaniem nowego albumu w tym roku (zdążył już zmienić wcześniej zapowiedziany tytuł), to jestem za tym, by od dziś przydomek "rapowego Jezusa" należał się wyłącznie Tyler the Creatorowi.

Komentarze: