Nasza recenzja

Bush

Po ponad dwudziestu latach kariery muzycznej, wielorakich wcieleniach, eksperymentach ze zmianami brzmienia i wizerunku, Snoop Dogg na najnowszej płycie wreszcie zrobił to, o co nawoływał przez cały czas, nie tylko jako muzyk. Wyluzował.

Nie żeby wcześniej za ciasno sobie zaciskał szelki, ale w ostatnich projektach - zarówno w funkowym 7 Days Of Funk i reggae'owym wcieleniu, gdzie zmienił pseudonim na Snoop Lion - zamiast zabawy konwencjami, słychać było uparte dążenie do przekonania słuchacza, że mamy do czynienia "z nowym, prawdziwie odmienionym Snoopem". Najwidoczniej Pharrell Williams, odpowiedzialny za brzmienie Bush trzepnął Calvina Broadusa po uszach i kazał mu się dobrze bawić. I dobrze.

Bo co my tu mamy? Chillujący start gdzie do duetu Snoop-Pharrell przyłącza się sam Stevie Wonder i słychać że do pogwizdującego rytmu z ogniszka na plaży o zachodzie słońca bawi się równie dobrze co główni bohaterowie. Swoją drogą, gości mamy tu co niemara i - co zaskakujące - żaden nie wypadł jak szóste koło u wozu (bo za piątę zawsze winno uznawać się zapasowe). A to T.I. się wtrąci do Edibles w rytmach jamaica, potem na ejtisową dyskotekę zaprosi nas duet z Gwen Stefani (Run Away), a na końcówkę, najmocniej przypominającą dawnego Snoopa, wpadnie sam Kendrick Lamar. Tyle tylko, że jego wstawka szybko nam wyleci z głowy.

Dobra, ale wracamy do samej płyty. Bush bliżej do estetyki r&b i funku. Hip-hopu stricte jest tu naprawdę niewiele, najbliżej tego oscyluje Peaches N Cream i I'm Ya Dogg, gdzie bit najmocniej przykrywa ozdobniki w postaci syntezatorów i gitar jakby żywcem wyjętych z ostatniego Daft Punka. W dodatku po kilku razach obcowania z tym materiałem słychać panowie naprawdę dobrze się bawią, ale - jak to się mówi w młodzieżowych kręgach - melanż poniósł ich naprawdę mocno. Przez pierwszą część słucha się tego bardziej jak mixtape'a.

OK, umówmy się - Snoopowi zawsze stylistycznie było bardziej do twarzy jako ciut gangsta wersją Ushera niżli w przebraniu jak u 50 Centa czy Dr. Dre. Sęk w tym, że dopiero na Bush słychać, że nasz bohater zdał sobie z tego sprawę. Nie ma się nad czym specjalnie zachwycać, ale po co wyłączać przed końcem jeśli w sumie dobrze buja?

Komentarze: