Nasza recenzja

Conchita

Mimo że od zwycięskiego dla Austrii finału Eurowizji już minął cały rok, kontrowersyjna drag queen wciąż jest na fali wznoszącej. Jednak debiutancki album Conchity Wurst zamiast być triumfalnym lotem feniksa, okazuje się być powolnym samospaleniem.

Jak to często bywa w przypadkach albumów nagrywanych przez drag queens, mamy tu inspirowanie się gejowskimi divami - od Cher po Kylie Minogue. Przeważa robiony z rozmachem pop z symfonicznymi dodatkami. W tym zabiegu najlepiej wypadają singlowe You Are Unstoppable i Rise Like a Phoenix, które rok temu przyniosło Conchicie zwycięstwo w Kopenhadze.

Gdzieniegdzie przemyci się klimaty house (całkiem udane Colours of Your Love, którego wyprodukowania nie powstydziłby się sam Tiesto) gdzieś zabrzmi estetyka Bollywoodu (Somebody To Love, Out Of Body Experience) i co nieco jazzowej burleski (Where Have All the Good Men Gone). Inspirowanie się najnowszymi trendami z gatunku pop-EDM też tu mamy, czego przykładem są Firestorm i singiel Heroes.

Gdzie zatem jest problem? Głównie w samej Conchicie, która co rusz się chwali jakie to góry potrafi wyciągać, co wychodzi jej bardzo średnio. Drag queen w pierwszych momentach albumu zaciekawia, na dłuższą metę bardzo nudzi. I producenci chyba to dostrzegli, przez co album cechuje taki popowy misz-masz, mający odwrócić od tego naszą uwagę. Ale też jest inny szkopuł. Mimo kilku naprawdę efektownych produkcji - jak You Are Unstoppable czy Out Of Body Experience, ten album cierpi na brak typowych hitów, przez co szybko przepadnie.

Bądźmy szczerzy - w każdych innych warunkach ten album przeszedłby zupełnie niezauważony przez media i publiczność. Ale co innego, gdy mowa o zwycięzcy Eurowizji z wzbudzającym róznorodne emocje wizerunkiem. Problem w tym, że ten śpiewający feniks może niedługo spłonąć i się już nie odrodzić.

Komentarze: