Nasza recenzja

Hollywood: A Story of a Dozen Roses

Jeśli po czterech przesłuchaniach albumu, recenzent dalej nie wie jak napisać jego recenzję to zaczyna się zastanawiać czy coś jest nie tak z nim, czy z albumem za który zamierza się zabrać. Taki los spotkał mnie właśnie przy nowym Jamie Foxxie.

Większość Europejczyków zna go bardziej jako aktora wszechstronnego - grał role w komediach, filmach akcji, westernach i musicalach. Jednak w USA aktor z powodzeniem robi również karierę muzyczną - jego albumy utrzymane w stylistyce hip-hop/R&B sprzedają się tam w nakładach platynowych. Hollywood: A Story of a Dozen Roses jest już piątym krążkiem aktora, który nauczył się śpiewać chodząc do kościoła w dzieciństwie.

Problem z tym albumem miałem taki, iż - słuchając go kilka razy uważnie - nie potrafiłem określić czemu mi się on podoba. Na dobrą sprawę, Jamie nie robi nic rewolucyjnego w kategrorii męskiego R&B - bardzo podobne płyty nagrywają Drake, Usher czy Chris Brown, a pan Foxx jedynie podąża śladami, które mu muzyczni weterani wydeptali. Tylko, że tamci robią to ciut lepiej. Jednak ciężko było mi się oderwać od słuchania Hollywood, bo to zwyczajnie dobrze skrojone męskie R&B. Ale chyba brakuje mi w nim tego "czegoś" - cokolwiek by to było - co pozwoliłoby mi nazwać ten album wprost dobrym lub złym.

Bo już po tytule i zawartości tracklisty widać, iż nie mamy do czynienia z zestawem przypadkowo wybranych kawałków, a spójną historią - w tym przypadku na temat szybkiego tempa życia w Hollywood z zawodem miłosnym w tle. Po pierwszym razie aż się kusi powiedzieć, że ten album jest zrobiony do potańczenia. Całość cechuje mid-tempo z kilkoma dodatkowymi smaczkami - jak lekko acidowy bit (Like a Drum, Text Message), nieco wpływów jazzowych (Hollywood), trochę funku znajdziemy w Baby's In Love oraz w Tease, gdzie od pierwszej nuty słychać wszędobylskiego Pharrella Williamsa. Końcówka albumu to natomiast mocno klawiszowe ballady, wśród których In Love By Now ma spory potencjał na częste nadawanie w stacji radiowej ze słoneczkiem. Nie ma tutaj natomiast jednego - typowych bangerów na miarę np. Usherowego Yeah! - wyjątkiem jest klubowe Socialite.

Artyście należy przyznać, że w kwestii muzycznej drogi jest konsekwentny. Słychać w nim pasję do muzyki, widać że kariery muzycznej nie traktuje totalnie poważnie, a zwyczajnie robi co lubi. Jako puentę mogę dodać tylko, że Jamie Foxx swojego Oscara dostał za... rolę w musicalu.

Komentarze: