Nasza recenzja

Déjà Vu

Pierwotnie ten album miał być zatytułowany tak jak pierwszy singiel - 74 Is The New 24. Najstarszy aktywny DJ świata chciał nas tym przekonać że wiek to tylko nieznacząca cyferka i wciąż jest młody duchem oraz hitami. Ale trzeba przyznać, że Giorgio Moroder nieco przesadził z zaniżeniem sobie metryki.

Ale trzeba przyznać, że tytuł Déjà Vu jest jeszcze bardziej wymowny. Moroder obiecuje nam tym samym wycieczkę do końcówki lat 80., kiedy jego kliki dodane do  modulatora i syntezatora zrewolucjonizowały muzykę. Proszę zapiąć pasy, odpalamy wechikuł czasu. I pamiętajmy o wygodnych i zwiewnych ubraniach, bowiem wybieramy się na przebojową imprezę rodem ze studia 54. Każdy kto będzie wymagał od starszego pana jakiejś ambicji czy potęgi umysłowej - przykro mi, nie ten zakręt. Mówimy o nowym albumie człowieka który wynalazł disco - czyli muzykę rozrywkową. A słuchając Déjà Vu dosłownie idzie się rozerwać. Z czystą rozkoszą.

Od razu ostrzegam, radzę słuchać w słuchawkach i to niekoniecznie na głośności wyższej niż 60% - inaczej wybuchną wam uszy od nadmiaru wszystkiego. Produkcje Morodera, mimo że oparte na prostych dźwiękach jakie wprowadził wiele lat temu, mają w sobie również ducha lat obecnych. Czasem nawet nie ducha - Diamonds i Tempted to ostre bangery klubowe przypominające nawet produkcje RedOne czy Zedda. Przebojowe  Right Here, Right Now najmocniej na płycie biorące garściami z tradycji dyskotekowej, La Disco i I Do It For You przypomną nam czasy chwały Modern Talking, Don't Let Go zaskoczy efeketowną i udaną zmianą z pianina na syntezator, a Back And Forth - mnie osobiście - kojarzy się z dźwiękami Hot Space Queen. A wszystko w hołdzie dla topornego i ostrego techno/disco jakie dominowało na dyskotekach w latach 80/90, a współcześnie na szkolnych zabawach i balach w remizie. Tyle, że na takie imprezy zwykle idziemy z obciachem - tutaj wręcz się chwalimy jakie tańce przeżyliśmy. Bo, rzecz jasna, żeby przy słuchaniu tej płyty siedzieć spokojnie, trzeba byłoby wręcz być paralitykiem.

Patrząc na listę gości udzielających się na albumie, nikt nie może wątpić w to, że Giorgio ma status wielkiej gwiazdy, której zwyczajnie się nie odmawia. Dlatego obok takich starych wyjadaczek muzycznych jak Kelis, Britney Spears (kultowe Tom's Diner Suzanne Vegi w jej wykonaniu najpierw odrzuca, a potem uzależnia) czy Kylie Minogue (która w stylistyce Right Here, Right Now odnalazła się jak ryba w wodzie - fani Kylie z czasów I Should Be So Lucky będą wniebowzięci) znalazło się miejsce dla debiutantów pokroju Charli XCX (Diamonds z jej udziałem to kandydat na hit wszystkich dyskotek) czy Foxes. Najmniej przekonująco wypadła wszędobylska ostatnio Sia, która lepiej brzmi w produkcjach stricte popowych lub nawet club/house'owych Davida Guetty, niż staromodnego dance Morodera. A w opozycji do przewagi pań na albumie spore wrażenie zrobił Mikky Ekko (to ten chłopaczek który pięknie z Rihanną wyśpiewał hit Stay). Jego silny, męski głos idealnie kontrastuje z płynnie zmieniającym tempo Don't Let Go.

Cały ten rozrzut od razu daje jeden wniosek do myślenia. DJ zapragnął się odmłodzić nie tylko zawodowo, ale również pod dzisiejszy rynek dla młodych. Dlatego całe Déjà Vu cechuje obecność staromodnych brzmień obok inspiracji modą na EDM i house.

Więc odmłodzenie się Morodera do wieku 24 jest ciut przesadzone. Po przesłuchaniu pierwszej od trzech dekad płyty DJa można mu jednak dać jakieś 40 lat. Ale to taka bardzo żwawa czterdziestka. I młoda duchem.

Komentarze: