Nasza recenzja

Zbójnicki After

W tym szaleństwie jest metoda. Bo to, co robią panowie z Future Folk, to jest szaleństwo! Ale takie że aż się prosi założyć góralski surdut i wparować z nim na techno imprezę!

Jeśli ktoś słuchał pierwszego albumu grupy (Zbacowanie z 2012 roku) Stanisława Karpiela-Bułecki (proszę nie mylić z kuzynem o tym samym nazwisku z kapeli Zakopower!), Zbójnicki After nie zaskoczy go niczym. Kapela nie popełniła żadnej stylistycznej wolty i dalej popełnia... no przepraszam, ale inaczej tego nie nazwę - dubstep po góralsku! Ale jak go robi - to po prostu wywijać hołubce!

Jeśli urzekły was w miarę stonowane single Malinowa dziewczyno i Bo jo cię kocham, to na Zbójnickim Afterze szykujcie się na jeszcze więcej elektronicznego dowalenia! Jednak, o ile na Zbacowaniu całość kompozycyjnie była nieco chaotyczna i nieskładna, tak nowy album brzmi już znacznie spójniej. Tym razem kompozycje są ułożone w sposób przemyślany i harmonijny.

Matt Kowalsky - 1/3 zespołu odpowiadająca za warstwę elektroniczną muzyki zespołu - postawił na inspiracje modnym obecnie dubstepem i radiowym EDM. Już od rozpoczynającego albumu Młody Bóg, słychać co gra tu pierwsze - nomen omen, jeśli mówimy tu o muzyce góralskiej - skrzypce. Momentami jest agresywne techno (Zbójnicki After, Odjechałaś moja miła), trochę trip-hopu (Smutek), a ktoś może tu nawet usłyszeć disco (Smutne ocy, Grzybowo). A pomiędzy tym wszystkim Stanisław śpiewa jak wzorowy góral, który właśnie przyjechał stopem do Warszawy z spod samego Kasprowego Wierchu. A inspiracji góralskich momentami aż nie idzie usłyszeć - nie licząc właśnie głosu Staszka.

I, uwaga - to wszystko działa bez zarzutu. Po pierwszym razie z tym albumem jeszcze nie wiemy co i jak się tu przegryza. Zauważamy jedynie, że nasze stopy wykonują niekontrolowane ruchy, co nas poniekąd zachęca by dać Future Folk jeszcze jedną szansę. Ja dałem im już szans kilkanaście i na tym raczej nie poprzestanę.

Komentarze: