Nasza recenzja

Burning Bridges

Ostatnie kilkanaście miesięcy było dla zespołu Bon Jovi czasem niespokojnym. Po tym, jak z udziału w trasie promującej poprzedni album grupy, "What About Now?", a następnie w ogóle z działalności w zespole wycofał się Richie Sambora - podstawowy gitarzysta będący dotąd "prawą ręką" Jona Bon Jovi, wiele osób spodziewało się zakończenia istnienia zespołu. Nic z tych rzeczy jednak: podczas gdy Richie wraz z australijską gitarzystką Orianthi od ponad roku pracują nad wspólną płytą, grupa Bon Jovi – już bez Richiego w składzie – właśnie wydała "specjalny album dla fanów" zatytułowany "Burning Bridges".

Wszystko w tym albumie wydaje się być szczególne: poczynając od tytułu, poprzez umieszczony na nim materiał, na okolicznościach jego wydania kończąc. Zacznijmy może od... końca. Kilka miesięcy temu, tuż po tym, jak obaj dotychczasowi liderzy grupy potwierdzili odejście Sambory z zespołu, Jon zaczął mówić o tym, iż rozpoczął pracę nad nowym albumem zespołu, którego wydanie przewidziane jest na wiosnę 2016 roku. Jakież więc było zdziwienie fanów, gdy w pewnego pięknego lipcowego popołudnia A.D. 2015 ni stąd, ni zowąd gruchnęła wiadomość, iż już następnego dnia w jednej z... austriackich stacji radiowych odbędzie sie premiera nowej piosenki Bon Jovi, "Saturday Night Gave Me Sunday Morning". Zdumienie fanów było przeogromne – większość osób przypuszczała nawet, że informacja może być żartem. Tym większe było więc zdziwienie, gdy utwór rzeczywiście został wyemitowany. Niedługo potem ogłoszono informacje o nowym, dodatkowym albumie, który stanowić miał "rozliczenie się grupy z przeszłością" i składać w większości z utworów pochodzących z sesji nagraniowych na poprzednie albumy, a nagranych teraz ponownie – już bez Sambory. Stąd tytuł "Burning Bridges", czyli "palenie mostów" oznaczający tyleż, co zamknięcie pewnego rozdziału w historii zespołu Bon Jovi: trwającego aż 30 lat okresu, gdy jego ważnym członkiem był "King Of Swing", Richie Sambora – gitarzysta tyleż nietuzinkowy, co niesforny i trochę życiowo zagubiony. Jak miało się okazać, rozdział z Samborą był nie jedynym zamykanym wraz z tą płytą – ale o tym za chwilę.

W związku z tymi wszystkimi zawirowaniami, można było mieć obawy o jakość materiału, który miał zostać umieszczony na tej płycie: nie dość, że składać się miał przede wszystkim z "odrzutów" z poprzednich (niekoniecznie udanych zresztą) płyt, to jeszcze miały być one nagrane bez tego z członków zespołu, którego wartość artystyczna była w poprzednich latach oceniana raczej wysoko (choćby przez pryzmat solowego albumu "Aftermath Of The Lowdown" z 2012 roku). Tym większe – i to pozytywne! – zdumienie narastało więc w fanach wraz z kolejnymi utworami z "Burning Bridges" publikowanymi jeszcze przed premierą całego albumu. Już pierwsze single – wspomniany wyżej "Saturday Night Gave Me Sunday Morning" (silnie pobrzmiewający Nickelbackiem) oraz przebojowy "We Don't Run" pokazały, że oto następuje pewna zmiana: odejście najbardziej rockowego członka zespołu sprawiło, iż chylący się w ostatnich latach ku muzyce pop Jon nagle zaczął nagrywać piosenki z pazurem. Nie, żeby odszedł całkowicie od popowych brzmień, jednak obie piosenki niosły w sobie coś świeżego: oto do świata Bon Jovi wróciły ostrzejsze riffy, wróciła moc!

Kolejne utwory tylko potwierdziły te tendencję – i to pomimo, że album składa się w dużej mierze z ballad. Już otwierająca płytę "A Teardrop To The Sea" stanowi pewne novum w świecie Bon Jovi. Nigdy dotąd pierwszym utworem na albumie nie była ballada, nigdy też dotąd zespół nie nagrał ballady w tym stylu: dość leniwie rozkręcającej się, cokolwiek mrocznej, a w końcówce – wręcz dramatycznej. Z kolei następująca po dwóch singlowych utworach piosenka "We All Fall Down" przypomina nieco w swym klimacie utwory Robbiego Williamsa z jego albumu "Take The Crown" – co być może ma związek z tym, iż w ostatnim czasie Jon podjął współpracę z Garym Barlowem (bliski przyjaciel Robbiego i współtwórca wielu utworów – przyp. red.). To jednak, niestety, jeden z najsłabszych punktów albumu – typowy zapychacz, który po kilku odsłuchaniach staje się pierwszą z przewijanych piosenek.

Dalej następują jednak prawdziwe perełki: urokliwa ballada "Blind Love", w której główną rolę grają hipnotyzujący głos Jona i klawisze Davida Bryana, oraz "Who Would You Die For", utwór mid-tempo z elementami elektroniki (pierwszy raz w historii Bon Jovi!), klimatem przypominający nieco ostatnie dokonania Bruce'a Springsteena – świetny kawałek, zdecydowanie jeden z najlepszych, jakie w ostatnich latach wyszły spod pióra Jona! Nie mniej zachwyca kolejna ballada, zatytułowana "Fingerprints". Spokojna, rytmiczna gitara akustyczna przechodzi w delikatne, choć naładowane emocjami solo, które stanowi tło dla bodaj najlepszej od kilku lat opowieści o straconej miłości w wykonaniu zespołu Bon Jovi.

Następna piosenka, "Life Is Beautiful", to drugi słabszy punkt na płycie. Krótko mówiąc, kawałek bez historii – słodkawy pop z domieszką country. Później przechodzimy wszakże do jeszcze perełki – przebojowego, gitarowego "I'm Your Man", w którym słychać echo świetnego solowego albumu Jona, "Destination Anywhere". Dobry riff, ciekawy tekst i wokal, w którym słychać chociaż cień dawnego Jona Bon Jovi – to mieszanka, która dała w tym wypadku utwór naprawdę mogący się podobać. Album zamyka tytułowe "Burning Bridges" – utwór wyraźnie uderzający w wytwórnię Mercury Records, z którą zespół Bon Jovi po 32 latach kończy tym samym współpracę. „Adieu, good night, guten abend / Here's one last song you can sell / Let's call it burning bridges / It's a sing along as well / Ciao, adieu, good nacht, guten abend / Play it for your friends in hell” – wydaje się, że zespół Bon Jovi nie mógł powiedzieć wytwórni „żegnamy!” w bardziej dobitny sposób. Jon nie ukrywał zresztą w ostatnich wywiadach, że dalsza współpraca z Mercury stała się niemożliwa i album „Burning Bridges” zostaje wydany w zasadzie głównie w celu wypełnienia kontraktu, jaki łączył zespół z tą wytwórnią – a przy okazji, by dać fanom materiał nagrany na trochę innych, luźniejszych niż do tej pory zasadach.

Paradoksalnie, album nagrany w ten sposób – na totalnym luzie, bez większego zadęcia i w dużej mierze składający się z utworów, których dema od lat zalegały w odmętach Jonowego archiwum – okazał się jednym z ciekawszych wydawnictw, jakie otrzymaliśmy od Bon Jovi w ostatnich latach. Pomimo, iż zabrakło Richiego Sambory, którego zastąpić musieli Bobby Bandiera, Phil X i nominalny producent płyty – John Shanks, otrzymaliśmy bodaj najbardziej rockowy nowy materiał spod znaku Bon Jovi przynajmniej od dekady. Wspomniany Shanks, który nie cieszy się raczej sympatią fanów grupy z uwagi na notoryczne „wygładzanie” piosenek, tym razem nie przedobrzył z łagodnością – pozwalając, by niektóre kawałki brzmiały – przynajmniej jak na niego – dość surowo. Czy to wszystko stanowi zapowiedź powrotu Bon Jovi do prawdziwie rockowego grania, przekonamy się już wkrótce. Pierwszy prawdziwy album „z nowego rozdziału”, już pod szyldem innej wytwórni i z nowym, regularnym gitarzystą, którym prawdopodobnie będzie już na stałe Phil X, ponoć ma się pojawić w sprzedaży już wiosną przyszłego roku…

Bon Jovi – „Burning Bridges”
Premiera: 21 sierpnia 2015

Wydawca: Mercury/Universal Records

Tracklista:
1. A Teardrop to the Sea
2. We Don’t Run
3. Saturday Night Gave Me Sunday Morning
4. We All Fall Down
5. Blind Love
6. Who Would You Die For
7. Fingerprints
8. Life Is Beautiful
9. I’m Your Man 
10. Burning Bridges
11. Take Back The Night (bonus dla Japonii)

Komentarze: